Życie i praca polskiego pilota Qatar Airways
Blog > Komentarze do wpisu
Przez góry do San Francisco

Po nocnym postoju na campingu z wyjatkowo niesympatyczną obsługą, jak zwyczaje panujace w tego typu miejscach, jedziemy dalej drogą wokół jednej z najwiekszych baz USAF - Nellis AFB, gdzie od wielu lat testowane są najnowsze nabytki amerykańskich sił powietrznych. Chyba bardziej to miejsce znane jest miłośnikom różnorakich teorii spiskowych jako odwiedzana przez Obcych Area 51 której oczywiście oficjalnie... nie ma, ale ponoć gdzieś tam jest. Nie sprawdzaliśmy jak jest naprawdę, za dużo ostrzegawczych tablic! Za to są inne miejsca - część drogi to Extraterrestrial Highway, a przedsiębiorczy Amerykamie sprzedają suweniry i gadżety turystom zwiazane z kosmitami.

IMG_6067IMG_6061IMG_6073Dzień kończymy na sympatycznym dla odmiany RV parku w niewielkim miasteczku Beatty u wrót Death Valley.
Lokalną drogą 374 wjeżdżamy na teren Death Valley National Park - najwiekszego parku narodowego w kontynentalnych Stanach. Wjeżdżamy przez przełęcz Daylight Pass na wysokości 4316 stóp (1316m) npm, gdzie w odróżnieniu od innych parków bilet kupuje się w automacie - sorry, card only! Za to mamy fantastyczny widok na niemalże całą dolinę. Po kilkunastu kilometrach zjeżdżamy na dno najbardziej suchego miejsca na Świecie, a GPS pokazuje -110 stóp czyli 33m poniżej poziomu morza a termometr 125st F czyli jak na Dolinę Śmierci latem całkiem znośnie. Dno doliny wygląda na bardzo jałowe, a zjeżdżając i wyjeżdżając z niej jakoś nie było widać ptaków... MImo to, praktycznie na dnie jest mała miejscowość Stovepipe Wells, gdzie jest stacja parkowych Rangersów czyli strazników (hehe - nie Texasu), sklep, stacja benzynowa, można nawet znaleźć nocleg, jest nawet małe lotnisko i camping. Tyle, że jakiś pustawy... O ile wjazd był dość prosty, o tyle wyjazd drogą 190 jest już bardziej kręty, z jednej strony nad drogą co i rusz wiszą skały, a z drugiej strony przepaśći jakby bardziej strome i znów wspinamy się przez przełęcz Towne Pass na 4956 stóp (1511m) by zjechać do Owens Valley położonej na wysokości ok. 3500 stóp (1100m).
IMG_6082P7020699P7020698P7020701P7020702P7020704W dalszych planach wyprawy było San Francisco, więc rzut oka na mapę i widać że musimy przeprawić się przez góry Sierra Nevada, a najkrótsza droga wiedzie przez Yosemite National Park. Najbliższa trasa drogą 120 przez przełęcz Tioga odpada od razu - jest bardzo kręta, wspina się na 9943 stóp (3031m!), często zamknieta dla ruchu drogowego na długie miesiące. Wybór pada na drugą przez przełęcz Sonora, bo Park Yosemite kusi... Ta przełęcz ma "tylko" 9624stóp (2933m) i droga jest mniej kręta, przynajmniej teoretycznie. Jest położona na północ, więc jedziemy doliną, autostradą stanową 395 do miasta Bishop gdzie planujemy zanocować i podziwiamy fantastyczne, ośnieżone szczyty Sierra Nevada. Jest tylko problem - nasze telefony nie mają zasięgu, więc nie mamy jak zadzwonić i sprawdzić dostępności miejsc na campingach, a nie mam zamiaru się pchać po nocy przez góry. Jedziemy dalej i od razu na pierwszym campingu jest problem - brak miejsc, drugi - to samo, dojeżdżamy do trzeciego i po chwili rozmowy już wszystko jasne - w Stanach też mają długi weekend! Wprawdzie jest niedziela 2go lipca, ale 4 to święto Niepodległości i niemal tradycyjnie kto żyw wyrusza za miasto na kilka dni na wszelkie możliwe formy campingu! Sympatyczna pani próbuje bezskutecznie obdzwonić znane jej miejsca i dalej nic... Daje nam namiary na parę możliwych w okolicy Bridgeport miejsc i jedziemy. Wjeżdżamy pomiędzy góry nad jeziora Twin Lakes gdzie i owszem, jest kilka RV parków i są stanowe, tanie campingi. Wszystko cudownie położone, powietrze fantastyczne, cisza, biegające wkoło sarny jednym słowem idylla. I tylko wszędzie ten sam problem - brak miejsc! Małe miasteczko, wieś właściwie i pomimo, że jest niewielkie lotnisko to Walmarta nie ma. Na szczęście okazało się, że jest parking przy starym supermarkecie i stacji benzynowej gdzie widać kilkanaście zaparkowanych RV i trucków. Cóż robić - noc nastała, zostajemy znów na noc "na sucho" w naszym domu na kółkach. Dzięki górskiemu powietrzu śpimy wyśmienicie, za to rano okazuje się, że na polach dosłownie obok parkingu jest najprawdziwsze stanowe rodeo! Była prezentacja koni, byli prawdziwi kowboje z lassem, łapanie młodych byczków, a nawet "iiii-haaa"!

IMG_6102

Podziwiamy chwilę, ale że chcemy na noc dojechać do San Francisco wkrótce ruszamy w drogę. Po skręcie w drogę 108, na przełęcz Sonora po kilkuset metrach mijamy kierowcę lokalnej ciężarówki który z daleka macha do nas dając na migi znaki, żeby zawrócić. Pomimo wcześniejszej jazdy po serpentynach decydujemy się jednak nie kusić losu naszym 35 stopowym kamperem, a zresztą zaraz obok jest tablica z ostrzeżniem, żeby tak długie pojazdy raczej nie wjeżdżały tą drogą. Zaufaliśmy miejscowym i postanowilsmy nie ryzykować, więc z 395-tki zjeżdżamy na drogę 89 i 88, gdzie przełęcz Carson Pass wznosi się na tylko 8574 stóp (2613 m).
IMG_6112

Ostatecznie kilka mil na południe od jeziora Tahoe wjeżdżamy na stanową 50-tkę, dalej przez Sacramento i międzystanową 80-tką dojeżdżamy wieczorem do San Francisco. Rzut oka na termometr: 58st F czyli tylko +14st C, a nad miastem rozciągają się chmury tak niskie, że wierzchołki mostów - Golden Gate i Bay są zakryte! Parkujemy w RV parku - tym razem są miejsca, bo zadzwoniłem z drogi. Jak to w dużych miastach w US - bardzo drogi park, a okolica taka sobie. Na drugi dzień - święto 4 lipca, jedziemy do downtown, bo 4 lipca to obowiązkowe w USA fajerwerki. San Francisco - opiewane w literaturze i w filmach, zostawiło po sobie mieszane uczucia - z jednej strony malowniczo położone z wieloma stromymi uliczkami i wieloma ciekawymi miejscami. Z drugiej - te same miejsca nie grzeszą czystością, sporo bezdomnych, a nad większością ulic unosił się specyficzny zapaszek, delikatnie mówiąc... Stosunkowo najfajniej było na wybrzeżu, szczególnie w okolicach Pier 39, gdzie się działo, bo m.in. ze względu na święto postawiono scenę z muzyką na żywo. W sklepach obok tłumy ludzi, a na stolik w restauracjach trzeba było poczekać kilkadziesiąt minut. Ceny oczywiście "turystyczne"... Niestety, nie zaliczyliśmy Alcatraz, bo wycieczkę na słynną Rock trzeba zamawiać na parę tygodni wcześniej. Nie dość, żę zmarzliśmy to jeszcze nici były z pokazu sztucznych ogni. Niewiele było widać, choć miejscówkę mieliśmy dobrą, to niskie chmury na wysokości około 100 metrów skutecznie popsuły pokaz.

niedziela, 23 lipca 2017, piotr.smietana

Polecane wpisy

  • Oshkosh 2017 - supermarket lotniczy

    Relację zacząłem historią, czas na teraźniejszość. Oshkosh to także impreza można powiedzieć targowo-handlowa, gdzie liczący się na rynku amerykańskim producenc

  • Oshkosh 2017 historycznie

    Po kilkunastu dniach w Doha wyruszyliśmy ponownie do Oshkosh. Jak w poprzednim roku - przez Chicago, gdzie było kilka dni na zwiedzanie centrum, które jest zdec

  • Las Vegas

    Las Vegas olśniewa! Może to truizm, ale tak jest. Miejsce z najbardziej znanymi hotelami, kasynami i atrakcjami, co w Vegas oznacza dokładnie jedne i te same mi

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2017/07/27 12:53:48
Oj dzieje się ;)
Napisz do Nas!


Liczba wizyt



Zobacz Księgę Gości

Odwiedziłeś Nas? Masz Uwagi? Będzie Nam miło jeśli dopiszesz się do Księgi Gości


Locations of visitors to this page
Pisz swój dziennik w Internecie
Blog należy do Syndykatu Blox.pl