Życie i praca polskiego pilota Qatar Airways
sobota, 22 listopada 2014
Nowy (?) początek!
Zakonczyć przygodę z blogiem czy nie? Hmmm... Skłamałbym, gdybym powiedział, że taka myśl mi gdzieś tam się nie pojawiła... Ale ponoć są czytelnicy, chociaż chyba ostatnio ich nie rozpieszczałem ;) Do nowego wpisu po przymierzałem się już od pewnego czasu bo po wakacjach nastąpiły pewne zmiany i dziś będzie o lataniu! Zaraz po powrocie z wakacji czekało na mnie szkolenie na nowy typ samolotu - B787. Zgodnie z przepisami FAA i EASA w liniach lotniczych piloci latają ZASADNICZO na jednym typie samolotu - niby można na więcej niż jednym, ale to dodatkowe koszty okresowych kontroli, szkoleń itd. Jednakowoż wraz z pojawieniem się samolotów A320 i 330 Airbus wprowadził tzw. MMF - Mixed Fleet Flying - pilota np. z A320 można po pierwsze - przeszkolić na innego Airbusa np. 330, 340 w/g skróconego programu, bo kokpity są baaaardzo podobne, a po drugie - taki pilot może latać jednocześnie na OBU typach. Nie zawsze jest to łatwe dla pilota, szczególnie latanie naprzemienne na małym i dużym samolocie, tym niemniej jezeli można to linie korzystają z tego w dość powszechnie. W QA latają tak instruktorzy - z A320 na A330, A330 na A340 i ostatnio także kapitanowie z A340 na A330. Podobnie zrobił Boeing z typami 757 i 767 które z założenia miały identyczne kokpity, wspólne oznaczenie typu w licencji i piloci mogli korzystać z dobrodziejstw latania na obu typach. Wprowadzając B787 Boeing zagrał ponownie tą kartą i wprowadził wspólny typ z B777! Aby w pełni móc z tego skorzystać pilot musi przejsć skrócone szkolenie teoretyczne (5 dni) i symulatorowe - 3 sesje plus egzamin, do tego dwie sesje symulatorowe tzw. operacyjne. Na żywym samolocie robi się 2 lądowania praktyki na liniach, egzamin (następne dwa lądowania) i voila - kolejny pilot B787 gotowy! To wszystko właśnie zdarzyło się po wakacjach i od połowy sierpnia latam TAKŻE na B787. Przez następne 3 tyg latałem tylko na nim po to, aby uzyskać uprawnienia instruktorskie TRI/TRE B787. Potem - sesja symulatorowa pod nadzorem i już! Od końca września jestem pełnoprawnym pilotem i instruktorem na OBU typach samolotów. Czy takie rozwiązanie ma sens? Z punktu widzenia linii lotniczej - jak najbardziej, bo pozwala na elastyczne wykorzystanie załóg, dla pilotów - ciekawsze i mniej rutynowe latanie. U nas korzysta się z tego, zaczęto w sumie od samego początku B787 w linii, chociaż póki co na obu typach latają tylko instruktorzy B777 przeszkoleni na B787 - ci co przyszli na B787 z innych typów latają tylko na B787, ale ich przeszkolenie na B777 jest pewnie kwestią czasu. A co z punktem widzenia pilota? O tym będzie w następnym odcinku :)))
20:24, piotr.smietana
Link Komentarze (13) »
sobota, 13 września 2014
Amerykańskie podsumowanie
No tak - wyprawa do Stanów już dawno się skończyła, człowiek prawie zapomniał o niej, ale relacji nie zakończył! W drodze z Teksasu nasza trasa wiodła dosłownie nad bagnami Luizjany! Nad bo spora część autostrady w kierunku Nowego Orleanu zbudowana jest na palach nad mokradłami! Aligatorów wprawdzie nie widzieliśmy, ale wyglądało to dość dziko. Z planowanego spaceru uliczkami Nowego Orleanu nic nie wyszło bo dosłownie na przedmieściach dopadła nas potężna burza, woda lała się strumieniami, więc cóż robić? Skręciliśmy na północ wzdłuż Mississipi. Po kolejnym noclegu kierujemy się w stronę Memphis, a jak Memphis to oczywiście Graceland ! Zwiedziliśmy dom-muzeum Króla rock'n'rolla Elvisa Presleya, nieźle zorganizowane, pełne artefaktów i ciekawostek. Dalej wzdłuż pozostałości Route 66 przez St. Louis wracaliśmy do Chicago, aby następnego dnia wrócić oczywiście QA do Dohy. Krótkie podsumowanie wyprawy: 20 dni/19 nocy w RV, przejechaliśmy ok. 5500 mil (8800km!) przez 15 stanów. Trasa niesamowicie ciekawa, ale i momentami nużąca kierowców i jeśli sie zdecydujemy powtórzyć, co jest prawdopodobne, będzie mniej jazdy a więcej przerw na zwiedzanie. Plany już są...
20:52, piotr.smietana
Link Komentarze (11) »
środa, 30 lipca 2014
Texas

Tak, zdecydowanie ZA MAŁO było akcentów lotniczych w naszej podróży! Oczywiście nie licząc samego przelotu DOH-ORD-DOH! Już w trakcie podróżowania, właśnie opuszczając Arizonę przypomniałem sobie że USA, a w szczególności południowe ich regiony to prawdziwe zagłębie muzeów lotniczych! Krótki rzut oka na mapę, GPSa oraz internet i mamy! Wtedy też zorientowałem się, że Pima Air przeszła nam koło nosa! A że nie zawracamy... Grrr... Na noc tym razem zatrzymaliśmy się w Las Cruces, a w zasadzie na przedmieściach z kapitalną nocną panoramą na Las Cruces, El Paso i Ciudad Juarez. Na niewielkim lotnisku w Santa Teresa jest ulokowane całkiem sympatyczne choć niewielkie, z ciekawą kolekcją War Eagles Air Museum. Po obejrzeniu muzeum ruszyliśmy w drogę do Teksasu, zasadniczego celu podróży! Ruszyliśmy międzystanówką I-10 do San Antonio, z dwoma noclegami po drodze. Stopniowo pustynne widoki ustąpiły miejsca zieleni, bo Teksas jest w dużej części bardzo zielony! Jak to filmy kowbojskie mogą człowieka zmylić ;) Jak San Antonio to oczywiście koszykarki na pokładzie darowałyby mi, gdybyśmy nie zajechali pod halę tegorocznych mistrzów NBA czyli - San Antonio Spurs!



San Antonio to również amerykańskie Termopile czyli Fort Alamo.

W pobliżu San Antonio znajduje się kompleks jaskiń Natural Bridge Caverns. W końcu trzeciego dnia dojeżdżamy do celu - Austin. Dlaczego akurat tam? Ano - kiedy powstał pomysł podróży po Stanach nasz najstarszy syn stwierdził, że fajnie, bo akurat jest tam impreza, którą chciałby zaliczyć! Chodziło o RTX Event - imprezą dla m.in. "giercmanów" i tym podobnych zakręconych pozytywnie ludzi! Rafał miał kupę zabawy, a dla nas był czas relaksu od codziennego "kręcenia" mil... Samo Austin pomimo, że to w końcu stolica Teksasu jest... mało amerykańskie, zielone, fajnie położone i podobało się nam bardzo - w sam raz na relaks!

Siedziba Kongresu stanowego w Austin:

20:17, piotr.smietana
Link Komentarze (8) »
piątek, 11 lipca 2014
Arizona
Po Grand Canyon skierowaliśmy się na południe, w kierunku Phoenix, stolicy i - co wcale nie nie jest typowe w USA - największego miasta stanu. Miasto połoźone jest malowniczo, otoczone górami, w raczej pustynnej krainie, gdzie oprócz spialonej słońcem trawy, niedużych krzewów i rzadkich drzew dominują kaktusy, i to takie wielkie, sięgające 3m i więcej! Ponieważ jesteśmy bardziej na południe to i klimat gorętszy. Po obiadokolacji zaczynamy szukać miejsca na noc, a tu coś kiepsko! Jeden park - miejca są, ale kiedy podjechaliśmy - cicho, ciemno, żywego ducha... Ok, to szukamy campingu KOA - poprzednio było fajnie, to mamy nadzieję na powórke, ale niestety - camping... nieczynny! Noc juz ciemna, w międzyczasie Madzia wygooglała, że Phoenix ma nienajciekawszą statystykę przestępczą... niefajnie jest! W końcu na przedmieściach Tucson - mamy miejce! Trochę poniżej tego, co spotkaliśmy do tej pory, ale zostajemy bo już późno i trzeba odpocząć! Rano okazało się, że park RV jest całkiem sympatyczny, czysty i zadbany, zaś miła pani w biurze wytłumaczyła, że jest mało ludzi, bo Arizonie lato to nie sezon na campery... Ot jak zawsze strach ma wielkie oczy ;) Rano krótka wizyta w parku z kaktusami - Saguaro National Park i jedziemy dalej do Tombstone. To legendarne miasto z czasów Dzikiego Zachodu lub jak tu mówią - Old West, miejsce jednej z większych kopalń srebra, przeżyło pod koniec XIXw gwałtowny rozwój, zachowało się całkiem dobrze i jest dużą atrakcją turystyczną regionu. To tutaj "szeryfował" Wyatt Earp z braćmi, działał John "Doc" Holliday, a legenda miasta żyje w książkach i filmach. Głowna ulica pozostała niemalże bez zmian, obok jest kopalnia srebra O.K. Corral. Na dziedzincu jednego z domów urządzono scenę, gdzie odgrywana jest strzelanina z O.K. Corral, jedna z najsłynniejszych na Dzikim Zachodzie - ponoć w 30 sekund oddano ponad 30 strzałów! Chodzimy, zwiedzamy, wchłaniamy pionierską atmosferę i fotografujemy! Bardzo fajne, klimatyczne miejsce, zdecydowanie warte odwiedzenia!

09:08, piotr.smietana , Dzień po dniu
Link Komentarze (6) »
środa, 09 lipca 2014
Wielka Dziura
Po odpoczynku w leśnym campingu KOA rano nie pozostało nam nic innego jak tylko zobaczyć tytułową Wielką dziurę czyli - czyli Grand Canyon. Taaak, jest wielki! Odkrywcza myśl to nie jest, ale cóż napisać wobec niebywałego ogromu, przestrzeni, niebywałej plastyki obrazu tego miejsca!? Widok jest tak niesamowity, że jak to określił nasz Syn - mamy wrażenie, że jak rzucisz kamieniem to... odbije się od namalowanego obrazu!! Grand canyon oglądaliśmy z terytorium parku narodowego w Arizonie, a tam nie ma niestety szklanego tarasu Skywalk! Tenże znajduje się ok. 4h drogi, na terytorium Indian Hualapai, w kierunku na las Vegas. I niestety czas na kolejną, najtrudniejszą decyzję - odpuszczamy Vegas i LA, za mało czasu, za dużo mil do zrobienia :( Ale - jest i pozytywny element - będzie pretekst do kolejnej wyprawy!

06:29, piotr.smietana , Dzień po dniu
Link Komentarze (4) »
sobota, 05 lipca 2014
Pustkowie
Niedaleko za Mesa Verde krajobraz zmienia się na praktycznie pustynny. No OK, nie taka pustynia jak w Katarze, ale straaaasznie pusto - trochę krzaków, spalonej słońcem trawy, stacje benzynowe co 60-80 mil, dość wysoko położona równina gnieniegdzie poprzetykana wzgórzami stołowymi - no prawie jak w Zikreet w Katarza, ale to "prawie" - ma tu zasadniczą różnicę ;) Długie, bardzo długie odcinki prostej jak strzelił drogi powodują, źe to najnudniejszy chyba jak dotąd etap naszej podróży. Po drodze jest ciekawostka - Four Corners Monument czyli miejsce gdzie stykają się 4 stany: Colorado, Utaj, Nowy Meksyk i Arizona. Kolejka do zdjęć na znaczku, stojąc na którym jesteś w czterech stanach na raz, a obok stragany z rękodziełem indiańskim jako że to teren Indian Navajo. Pani sprzedająca kukurydziane placki, Indianka, dowiedziawszy się, że jesteśmy z Polski, współczuje nam ze względu na upał. Chyba ją rozczarowaliśmy mówiąc, że dla nas, mieszkających na co dzień na pustyni te marne +35 to mały pikuś... Ale dopiero za Four Corners zrozumieliśmy, że to co było do tej pory to było nic - bo tam, to dopiero było puuustoooo.... W końcu padnięci dojeżdżamy do campingu w okolicach miasteczka Wiliams w Arizonie. I dopiero przed pójściem spać na mapie zobaczyliśmy, jak niedaleko przejechaliśmy od słynnej Monument Valey w Utah! Trudno - innym razem!!

17:45, piotr.smietana
Link Komentarze (2) »
Dalej - w Góry Skaliste!!
Pod Devils Tower krótka dyskusja i smutna decyzja - mamy mało czasu a mil do zrobienia dużo, więc Park Yellowstone musi na nas (jeszcze) poczekać :( Trudno, jedziemy dalej na południe, w kierunku Colorado. Preria z wolna ustępuje miejsca górom, baaardzo malowniczym górom! Widoki super, a RV dzielnie się wspina, bo Denver, stolica i największe miast stanu (miasto Carringtonów - pamięta ktoś jeszcze Dynastię??) leży dokładnie na wysokości jednej mili nad poziomem morza, stąd czasem można spotkać określenie Mile-High City. Śpimy i rano jedziemy dalej, w kierunku Durango (przez sentyment do naszego Dodga ;) ) i dopiero tu zaczyna się wspinaczka po Górach Skalistych!! Aspen nie jest po drodze, ale i tak to co zobaczyliśmy było niesamowite!! Aż kręci się w głowie - czy to od widoków czy od wysokości, bo najwyższa przełęcz na trasie - 11000 stóp czyli ponad 3300 m.n.p.m - wyżej od Tatr!! W Durango niestety byliśmy za późno, żeby załapać się na przejazd starą ciuchcią po malowniczej górskiej trasie, tak więc kolacja i - następny postój.

17:39, piotr.smietana
Link Komentarze (2) »
środa, 02 lipca 2014
Devils Tower
Po noclegu w kolejnym stanie rano wyjazd pod Devils Tower - góry znanej z wielu filmów, ale najbardziej chyba z "Bliskich spotkań 3-go stopnia" S. Spielberga. Ciekawy dojazd, ciekawa okolica, znów pełno piesków preriowych. Ale na górze kosmitów nie było...

15:40, piotr.smietana
Link Komentarze (1) »
Deadwood
Południowo-zachodnia część stanu Dakota Południowa (śmiesznie to brzmi, ale jak to opisać inaczej?) i wschodnia część Wyoming to tereny częstych i krwawych starć Indian i "bladych twarzy" w drugiej połowie XIXw z najsłynniejszą wygraną przez Indian bitwą pod Little Big Horn. To także teren jednej z największych "gorączek złota" na terenie USA w Deadwood. To tutaj rządziły szybkie rewolwery "Wild" Bill Hickoka i innych. Pozostało nieco klimatu czasów pionierskich, co chwilę można spotkać nawiązania do historii, łącznie z wystawami czy nawet przedstawieniami dotyczącymi szalonych czasów rewolwerowców. Tutaj też - zjadłem najlepszego jak dotąd hamburgera w USA!

15:38, piotr.smietana , Dzień po dniu
Link Komentarze (1) »
niedziela, 29 czerwca 2014
Rzeźby
Badland National Park znajduje się w poludniowo-zachodniej części Dakoty Południowej, a w okolicy jest dużo innych atrakcji przyrodniczo-turystycznych. Jedną z bardziej znanych jest Mt. Rushmore, a głównie głowy 4 prezydentów wyrzeźbione na szczycie i zboczu góry. W amerykańskim stylu, szeroki highway, elegancka oprawa, ale - jest mały niedosyt, nie ma tego "łał". To prawdziwe WOW pojawia się kilkanaście mil dalej przy Crazy Horse Memorial. Będący ciągle w trakcie prac, największa na Świecie rzeźba skalna, zapoczątkowana w... 1948(!) roku, a prac podjął się rzeźbiarz polskiego pochodzenia Korczak Ziółkowski. Historia jego życia no i pracy jest niebywała - poświęcił resztę swojego życia na przekształceniu praktycznie CAŁEJ góry w pomnik najwybitniejszego wodza indiańskiego! Nie tylko on, bo cała jego rodzina, a jest spora bo dorobił się 10(!) dzieci, zaangażowana jest w ten całkowicie prywatny projekt! Całość robi niesamowite wrażenie, pozostaje w pamięci na długo...

16:51, piotr.smietana , Dzień po dniu
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 28
Napisz do Nas!


Liczba wizyt



Zobacz Księgę Gości

Odwiedziłeś Nas? Masz Uwagi? Będzie Nam miło jeśli dopiszesz się do Księgi Gości


Locations of visitors to this page
Pisz swój dziennik w Internecie
Blog należy do Syndykatu Blox.pl