Życie i praca polskiego pilota Qatar Airways
niedziela, 30 marca 2008
Wypadzik

Miało być fajnie, a wyszło jak zwykle... Ale - po kolei.

Teoretycznie, 3 razy w roku można zaplanować sobie łączenie dni wolnych z dwóch miesięcy - 4 z jednego, 4 z drugiego czyli - razem 8 dni. Jak by nie liczyć - jest szansa na ekstra mały wypad (bo nie wakacje!). Niestety - teoria często nie współgra z praktyką i pomimo zaplanowanych 8 dni na przełomie marca i kwietnia wyszły mi tylko 4... Szkoda - bo zaplanowaliśmy mały wypad do Tajlandii, a co tutaj można zdziałać w 4 dni które w końcu dostałem zamiast ośmiu?? Okazuje się, że można - przylecieliśmy do Bangkoku, gdzie na dzień dobry ugotowaliśmy się (jednak pustynny klimat jest mniej upierdliwy - mniejsza wilgoć!), przebiegliśmy przez turystyczne "ikony" i - do szopingu! Oj można tutaj zostawić trochę grosza, choć generalnie jest tutaj tanio! A jutro - ja do Dosi, do pracy, a Madzia na słoneczną plażę na wyspę Koh Samui, na dodatek będą w tym samym hotelu co zaprzyjaźniona Mazuska! Jakby w Katarze tego mało było ;)

18:38, piotr.smietana , Dzień po dniu
Link Komentarze (1) »
środa, 19 marca 2008
Patryk
Nie bardzo kojarzę czy znam osobiście kogoś o tym imieniu czy ostatnio poznałem kogoś - dość, że wcale nie przeszkadzało nam świetnie bawić się z okazji jego imienin! Chodzi oczywiście o irlandzkie święto St. Patric's Day, które dzięki otwartemu niedawno w Doha Irish Pub miało sympatyczny i huczny przebieg. Zaczęło się w weekend, kiedy to do bendu przygrywającego tam zwyczajowo dołączył człowiek-orkiestra, który grą na gitarze akustycznej i śpiewem (wraz z klientelą oczywiście :)) nadał pubowi nowego smaczku. Przedwczoraj była kulminacja obchodów bo pomimo tego, że było to w tygodniu pub pękał w szwach, piwo lało się strumieniami a śpiewom i tańcom nie było końca - w końcu po chyba 6 bisach publiczność puściła go do domu, gdzieś grubo pierwszej w nocy...
08:31, piotr.smietana , Dzień po dniu
Link Komentarze (2) »
Temperatura... - suplement

Stałym (i nie tylko) czytelnikom bloga należy się mały komentarz dotyczący poprzedniego wpisu.

Przyznaję, że rozmyślnie zrobiłem taki wpis, jaki jest - ze szczegółowym opisem, pełnym technicznych detali. Ciekawiła mnie Wasza reakcja - ile osób to zainteresuje, a ilu osobom się zwyczajnie nie spodoba. Aczkolwiek nie mam takich statystyk i nie będę się w nie bawił, tym niemniej pewnie dalej będę kontynuował "linię" naszego bloga. Wychodzę z założenia, że lotnictwo nie jest wiedzą tajemną i trzeba starać się je popularyzować na każdym kroku, dusić w zarodku niezdrową rządzę sensacji żurnalistów którzy widzą tylko spadające dookoła samoloty lub co gorsza "awionetki"!! (GRRRRRR - jak ja nieznoszę tego słowa!) I tylko rzadko piszą o tym, jaką lotnictwo może być wspaniałą przygodą, pełną pięknych chwil, widoków i wspomnień. Jak chociażby takie przejście pomiędzy burzowymi chmurami podczas powrotu z Manili, na poziomie lotu 320 (32000 stóp - ok. 9750m) gdzieś na granicy pomiędzy Tajlandią i Myanmarem (Birmą):

Ale czasem pozwolę sobie na więcej technikaliów. Jak chociażby minimalna temperatura (tym razem ;)) Dla Airbusa A320 jest to od -40 przy ziemi do -70 st C na maks. wys. przelotowej a dla A330/340 odpowiednio: -54 do -74. To nie abstrakcja - taka temperatura -70st.C przydarzyła mi się 2 lata temu podczas lotu do Moskwy na 320 (pamiętacie wtedy mrozy w Polsce po -30st.C?) - musieliśmy wtedy zejść niżej. Częściej dotyka nas ograniczenie minimalnej temperatury paliwa. Chodzi generalnie o to samo, co dotyczy np samochody z silnikiem Diesla, gdzie niskie temperatury powodują wytrącanie się parafiny, szczególnie w wąskich przewodach czy kanałach, a to z kolei powoduje blokadę przepływu paliwa, co w efekcie może to zatrzymać silnik (paliwo lotnicze, tzw nafta lotnicza jest w sumie podobne, jest tzw. paliwem ciężkim, w odróżnieniu od benzyny uznawanej za paliwo lekkie). W lotnictwie byłaby to już poważna sprawa, bo mogłoby być przyczyną wypadku i na takie coś nie można sobie pozwolić. Zbiorniki paliwa w samolotach pasażerskich są głównie w skrzydłach, a na dużych wysokościach temperatura jest niska bo rzędu -50 do -60 st.C (i niższa), podczas długiego lotu paliwo schładza się znacznie. Minimalną temperaturą dla paliwa jest temperatura krzepnięcia plus 3 stopnie, co dla najpopularniejszego paliwa lotniczego czyli JET A1 daje -43st.C. Wprawdzie większość samolotów pasażerskich ma paliwo podgrzewane, a raczej paliwem chłodzi się płyny w instalacjach hydraulicznych (dzięki którym m.in. wypuszcza się podwozie, opuszcza klapy itd) a także olej silników, tym niemniej podczas długiego lotu temperatura może znacząco się obniżyć. Wtedy trzeba póbować innych metod - obniżenia lotu czy zwiększenia prędkości lotu.

 

niedziela, 16 marca 2008
Temperatura a latanie
Ograniczenie maksymalnej temperatury do startu dla Airbusa to +55 (lub inaczej: ISA+40), latamy przeważnie z długich pasów, silniki są mocne to jeśli lotnisko nie jest wśród gór (jak np. Sanaa w Jemenie) to nie ma problemów. I - odpukać - nie miałem ich dotąd. Co do wznoszenia - o odpowiedź "na szybko" będzie trudno. Wszystko zależy o jakiej fazie startu mówimy! Zgodnie z przepisami start dzieli się na 4 segmenty (etapy) - pamiętajmy, że prawodawcę interesuje przypadek ekstremalny czyli tzw. start kontynuowany po awarii silnika podczas startu przy prędkości decyzji V1. Najbardziej restrykcyjny jest 2 segment zaczynający się na wysokiści 50 stóp z prędkością V2 (bezpieczną minimalną prędk. na jednym silniku, podwozie schowane, moc startowa, klapy startowe) a kończy się na wys. akceleracji (rozpędzania do minimalnej prędkości  manewrowej z klapami schowanymi). Ten drugi segment jest obwarowany minimalnym gradientem wznoszenia 2,7% z tym, że przeszkody mogą spowodować konieczność jego podwyższenia. Natomiast kiedy samolot leci normalnie, na wszystkich silnikach gradient wznoszenia w drugim segmencie zwykle przekracza 10% - reasumując prędkość wznoszenia wynosi wtedy ok. 2 tys stóp/min (10 m/s).
Blogged with the Flock Browser
20:38, piotr.smietana
Link Komentarze (5) »
sobota, 15 marca 2008
MNL - Manila

W Polsce marzec był kiedyś tradycyjnym miesiącem oszczędzania (pamięta ktoś jeszcze szkolne SKO??) i tak się złożyło, że i mnie marzec oszczędza, bo póki co mam zaplanowane tylko 3 loty, które dają... 60h nalotu. Jednym z nich jest Manila, po raz kolejny. 8h z hakiem tam, 9 z powrotem, na dodatek w dzień, tak więc mniej męczące (w miarę). I znowu Manila zaskoczyła mnie ilością olbrzymich centrów handlowych - jak to możlwe w teoretycznie jednym z najuboższych krajów Azji?? Zaskakuje też porządkiem (jak na Azję) - czego nie uświadczysz w jednym z najdynamiczniej (ponoć :/) rozwijających się krajów Azji czyli Indiach.

Samolot z Manili jest przeważnie zapakowany na maksa, bo jest nim dostarczane do krajów Zatoki podstawowe dobro Filipin czyli - siła robocza. Samolot jest pełen filipińskich pielęgniarek, pomocy domowych i robotników pracujących dosłownie wszędzie w Katarze i nie tylko. Samolot ma przeważnie maksymalną dopuszczalną masę do startu - 233 tony i musi jakoś wystartować z lotniska przy temperaturze w cieniu +35 otoczonego na dodatek górami. Na szczęście Qatar Airways nie oszczędzały przy zakupie samolotów na silnikach - nasze CF-6 mają po 70tys funtów ciągu a na dodatek mają funkcję "Thrust Bump" co daje 2.5% ciągu ekstra czyli 72tys co wykorzystujemy notorycznie startując z Manili. Dzięki temu ze startem nie ma problemu i samolot rwie ochoczo do góry - jeśli oczywiście NIE MA PROBLEMÓW! Odpukać w niemalowane ;)

Blogged with the Flock Browser
niedziela, 09 marca 2008
Przedszkole

Nasze najmłodsze słoneczko czyli Kubuś przekroczył już magiczny wiek 3 lat, a więc nadszedł czas na przedszkole! Niby nic nadzwyczajnego, bo w końcu starsze dzieci w jego wieku do przedszkola chodziły i nie było z tym większych problemów. Tym razem jednak stres (rodziców oczywiście ;)) był większy, bo to w końcu przedszkole anglojęzyczne. Do wysłania Kubusia zabieraliśmy się od jakiegoś już czasu - w końcu tutaj minimalny wiek przedszkolny to... 18 miesięcy czyli przedszkola to takie połączenie naszego żłobka i początkowych grup przedszkolnych. Ale - a to wakacje, a to święta czy choroba i jakoś zeszło. W końcu - odwrotu nie ma, Kubusia zapisaliśmy od 1 marca. Na dobrą sprawę przedszkole Kubusia stało się pilną sprawą, bo na tydzień przed "godziną zero" zadzwoniono do nas ze szkoły straszych dzieci, że zapraszają nas z Kubusiem na interview(!) przed przyjęciem Kubusia do szkoły (czy raczej - przyszkolnego przedszkola) od września tego roku! Listy oczekujących do szkół są makabryczne, zapisanie dziecka do dobrej szkoły (jak szkoła dzieci) graniczy z cudem! Na szczęście - jeśli jest już jakieś dziecko, to rodzeństwo ma priorytet. Dlatego przedszkole jest istotne o tyle, żeby dziecko załapało chociaż parę podstawowych zwrotów przed pójściem do szkoły. Znalezienie odpowiedniego (angielskiego) przedszkola nie było wcale łatwe - na szczęście blisko szkoły dzieci powstało w grudniu nowe i ciągle jeszcze dysponowało wolnymi miejscami. Pod koniec poprzedniego tygodnia poszliśmy do przedszkola aby sfinalizować formalności i pokazać maluchowi co, gdzie i jak, a na miejscu dowiedzieliśmy się, że w grupie Kubusia będzie polsko-egipska dziewczynka - Jasmin. Na dodatek okazało się, że mama Jasminki - Polka, pracuje w tymże przedszkolu!

No i w końcu nadszedł ten pierwszy dzień! Wyposażony w lunchbox (jaki? Kubuś Puczatek oczywiście!) załadowaliśmy go bardzo zaspanego do samochodu i jedziemy do przedszkola, po drodze zostawiając starsze rodzeństwo w szkole. Na miejscu - Kubuś wysiadł z samochodu, w klasie postawił lunchbox na swojej półeczce i niechętnie, bo trzymając mnie ciągle za rękę poszedł na plac zabaw. Każda próba pożegnania się - kończyła się płaczem. Po dłuższej chwili dał się przekonać i razem z małą Jasmin poszedł oglądać przedszkolne rowerki. Ponieważ w końcu uspokoił się, postanowiliśmy po angielsku ;) ulotnić się wspominając coś o konieczności pracy, wizyt w banku, lekarzach itp. Niestety - płacz był, ale jak się później okazało - krótkotrwały. Przy odbieraniu już zero stresu, ładnie pożegnał się z paniami. Następny dzień - bez stresu, za to w czwartek - znów histeria - nie pomógł nawet widok tortu urodzinowego jednego z dzieci. Na szczęście było podobnie - kilka minut płaczu, a potem zabawa.

w sali

przedszkolne rowerki

Z perspektywy pierwszego tygodnia w przedszkolu okazało się, że jak zwykle strach (rodziców) ma wielkie oczy! Natomiast pojawiło sie coś nowego w zachowaniu naszego malucha - podśpiewywanie przedszkolnych piosenek! Na razie w języku nam nieznanym, choć pewnie dla naszego syna tak właśnie brzmi angielski....

Blogged with the Flock Browser
16:57, piotr.smietana , Dzień po dniu
Link Komentarze (1) »
Napisz do Nas!


Liczba wizyt



Zobacz Księgę Gości

Odwiedziłeś Nas? Masz Uwagi? Będzie Nam miło jeśli dopiszesz się do Księgi Gości


Locations of visitors to this page
Pisz swój dziennik w Internecie
Blog należy do Syndykatu Blox.pl