Życie i praca polskiego pilota Qatar Airways
piątek, 30 marca 2012
Wypadzik

Jedną z rzeczy, które lubią moje dzieci, no i my, jest to że w każdym semestrze mają tygodniową przerwę w szkole tzw. mid-time break. Po krótkim zastanowieniu i rozpoznaniu postanowiliśmy wybrać się tam, gdzie nas jeszcze nie było czyli na Sri Lankę. Po wylądowaniu wściekle rano o 3, pojechaliśmy do hotelu do Colombo, gdzie po drzemce wyszliśmy na mały rekonesans. Początkowy plan był taki, że trzymamy bazę w Colombo i udajemy się na wycieczki po wyspie tak więc poszliśmy szukać odpowiedniego transportu.

Znaleźliśmy oczywiście zaraz paru cwaniaczków, ale wizyta w jednym z biur podróży spowodowała, że zmieniamy plan - wynajmujemy samochód z kierowcą i jeździmy po wyspie, a nocować będziemy codziennie gdzie indziej.Wkrótce okazało się, że była to bardzo dobra decyzja, bo po pierwsze - opuściliśmy zatłoczone i co tu dużo mówić, nie najładniejsze miasto, a po drugie - ruch jest lewostronny i to jak tam jeżdżą wielokrotnie przyprawiało nas o palpitacje, ale przede wszystkim - widoki zapierały dech w piersiach!! Wprawdzie nie mieliśmy dobrego aparatu, ale namiastkę możecie zobaczyć tutaj.

Na pierwszy ogień poszedł żłobek dla słoni w Pinnawala. Jest to coś w rodzaju zoo z tym, że tam w sumie to ludzie muszą trzymać się zagród, bo to słonie mają większość wybiegu dla siebie. Zgromadzone tam słonie to między innymi osierocone maluchy znalezione w dżungli. Można obcować ze słoniami, karmić je owocami lub z butelki, a dwa - trzy razy dziennie słonie przechodzą przez miasteczko do rzeki na kąpiel z całym rytuałem. Dzieciom najbardziej przypadł do gustu mały słonik biegający pomiędzy ludźmi, przepychający się wszędzie słowem istny Rozrabiaka - i tak go z miejsca ochrzciły. Po noclegu w hotelu ulokowanym w zasadzie w dżungli następnym punktem była Sigiriya czyli Skała Lwa - niesamowita twierdza króla Kassapy z V wieku usytuowana na szczycie 370m skały wystającej z otaczającej ją równiny. Choć na skale zostały już tylko ruiny, tym niemniej odrestaurowano otaczające ją ogrody i schody na górę - prawdziwa uczta dla oczu! W drodze do Kandy czyli dawnej stolicy Sri Lanki odwiedziliśmy świątynię Buddy w Dambulla. Ulokowana w w pięciu jaskiniach tuż przy szczycie góry na którą trzeba było znowu się wspinać!!! Ale - warto było!! Porządnie zmęczeni późnym popołudniem dotarliśmy do Kandy - malowniczego miasteczka, ponoć najczystszego na Sri Lance, co było widać. Rano zwiedziliśmy miejscowy ogród botaniczny - duży, malowniczo położony na zakolu rzeki, zawierający niesamowitą kolekcję roślin z całej Azjii. A potem zaczęła się jazda! Następnym punktem była podróż przez plantacje herbaty ulokowane na zboczach górskich. Trwało to dobrych kilka godzin i znowu uczta dla oczu - świeżość zieleni krzewów herbacianych jest nie do opisania!! Po drodze - obowiązkowym przystanek w fabryce herbaty, gdzie zapoznaliśmy się z procesem przerobu zebranych świeżych liści herbacianych, był też czas na przepyszną a cup of tea, B.O.P. z obłędnym ciasteczkiem :))). Potem jeszcze ze dwie godziny i jesteśmy w Nuwara Eliya, jednej z najwyżej położonych na Sri Lance miejscowości - 1895m.n.p.m. Z racji sporej liczby postkolonialnych domów, parków i rezydencji zwana jest też Little England, a w centrum obok malowniczego jeziora jest też wyścigów konnych. Cudo! Jest jeszcze inny sposób dostania się do tego miasteczka - samolotem na... jeziorze! Dwa razy tygodniowo Twin Otter Sri Lankan lata tutaj z Colombo.

Następny dzień - powrót serpentynami i jazda na południowe plaże wyspy do miejscowości Hikkaduwa, koło Galle. Plaże i owszem, ale w okolicy ciągle widać pozostałości po tsunami z 2004 roku. Rano po odpoczynku ostatni etap - Negombo i cały dzień leniuchowania na plaży. A wieczorem nazajutrz już tylko 15 minut drogi na lotnisko i do domu! A tu okazało się, że nie ma dla wszystkich miejsc! W efekcie najpierw poleciały dziewczyny, a ja z Kubusiem "już" po kilkugodzinnym oczekiwaniu załapaliśmy się na samolot na ostatnie wolne miejsca! Taki to już urok latania na zniżkowe bilety ;)

sobota, 03 marca 2012
Trochę o ekstremach czyli
errata na temat przeciągnięcia. Jest to aktualna ZALECANA przez producentów samolotów - zarówno Boeinga jak i Airbusa - procedura wyprowadzania z pełnego przeciągnięcia. Dlaczego? W pełni "rozwinięte" przeciągnięcie (ang. developed) to mniej więcej taki stan, w jakim znalazł się A330 AF podczas feralnego lotu. We współczesnych samolotach pasażerskich z silnikami pod skrzydłami występuje tzw. dolna decentracja ciągu, tym większa im większy ciąg. Oś czy może wektor ciągu silników jest poniże środka ciężkości, zwiększenie ciągu powoduje moment zadzierający nos samolotu i powodujący wzrost kąta natarcia czyli coś, co przeszkadza! Dodatkowo, na skrzydłach skośnych występuje spływ strug powietrza TAKŻE wzdłuż rozpiętości, co w efekcie powoduje oderwanie strug - przeciągnięcie - najpierw na końcowkach! Efekt? Znów - moment zadzierający nmos samolotu, co jak mówiłem - nie pomaga... Mam nadzieję, że teraz już jaśniej? I jeszcze jedno - procedura wyprowadzania ze ZBLIŻANIA się do przeciagnięcia, sygnalizowane stick shakerem czy komunikatem głosowym STALL STALL w Airbusie pozostaje taka sama - jednoczesne oddanie drąga i dodanie mocy starając się jednocześnie utrzymać wysokość. Osteczna decyzja zawsze należy do pilota...
Napisz do Nas!


Liczba wizyt



Zobacz Księgę Gości

Odwiedziłeś Nas? Masz Uwagi? Będzie Nam miło jeśli dopiszesz się do Księgi Gości


Locations of visitors to this page
Pisz swój dziennik w Internecie
Blog należy do Syndykatu Blox.pl