Życie i praca polskiego pilota Qatar Airways
czwartek, 30 maja 2013
Fotograficznie

...czyli nieco spoterki z szoferki ;)

Na początek czciałbym przypomnieć swój wpis z grudnia 2006, a konkretnie widok na miasto na przedłużeniu pasa w Doha.

2004

Dwa lata później - 2006:

i 2013:

A teraz parę widoków z okna

Konkurencja:

 

Gdzieś na szlaku

Nowe malowanie American Airlines - mi się podoba, a Wam?

P.S. Wspominałem wcześniej o nowych obowiązkach ale tym razem to nie nowy typ, choć A380 za rogiem i kusi ;) Dalszym etapem po uprawnieniach TRI jest TRE (Type Rating Examiner) - oznajmiam niniejszym uzyskanie tego uprawnienia!

11:04, piotr.smietana
Link Komentarze (13) »
sobota, 04 maja 2013
Malezja - fotograficzny suplement

Tym razem był i fotograf i zrobił parę zdjęć, zainteresowanym proponuję odwiedzić nasze galerie! Tutaj jest trochę z samego Kuala Lumpur, Birds Park, Batu Caves, Cameron Highlands oraz  z dżungli w Taman Negara. A tutaj jest spacerek po moście podwieszanym!

Miłego oglądania, uwagi mile widziane!

12:58, piotr.smietana , Dzień po dniu
Link Komentarze (4) »
piątek, 03 maja 2013
Malezyjska dżungla

Wycieczka w góry przekonała nas do Malezji a szczególnie do jej przyrody. Zresztą już parę kilometrów poza Kuala Lumpur fajne widoki rozciągały się po obu stronach autostrady. Początkowo myślelismy o wypadzie na malezyjską część wyspy Borneo, ale nie wyszło, tak więc w poszukiwaniu dziczy dotarliśmy do parku narodowego Taman Negara na północny-wschód od Kualal Lumpur. Połowa trasy to autostrada na wschód (a drogi są w Malezji na dobrym zachodnio-europejskim poziomie!) ale ostatnie 100 kilometrów przejechaliśmy lokalnymi drogami. Trasa wiła się początkowo wsród plantacji palmowych, ale końcówka już skrajem dżungli. Jeśli dodam do tego że była ciemna noc z popadującym deszczem, błyskawicami i praktycznie brakiem śladów ludzkiej działalności czyli... świateł słowem sceneria jak znalazł na czołówkę niezłego horroru :)) W końcu docieramy do Kuala Tahan - celu naszej podróży. Wyczerpani niezłymi emocjami związanymi z jazdą zatrzymaliśmy się na nocleg w niewielkim hoteliku za śmieszne pieniądze.

Rano po śniadaniu - do parku. Ale aby się tam dostać trzeba przepłynąć rzekę niewielką łódką. Wcześniej załatwiamy przewodnika i ruszamy! Przy przystani z drugiej strony rzeki jest hotel z kilkunastoma bungalowami na niewielkich palach, a kiedy między nie weszliśmy pod domkami uciekał miejscowy.. dzik! No nieźle! Na początek wchodzimy na paręset metrowej wysokości wzgórze Bukit Teresek. Droga pozornie łatwa, bo dosłownie kilkanaście miesięcy temu na ścieżce zainstalowano pomosty i stopnie na szczyt. Pozornie, bo przy ponad +30 stopniach i chyba 100% wilgotności po pokonaniu kilkudziesięciu z stopni nie mamy na sobie chyba nic suchego, pot leje się nam dosłownie zewsząd! Ale oczywiście dotarliśmy!

Krótki odpoczynek i idziemy dalej na ponoć najdłuższy most podwieszany - prawie 600m! Na miejscu niestety okazało się, że połowa jest nieczynna i w remoncie ale idziemy! Ta część na której byliśmy składa się z 6 segmentów, wszystkie zawieszone na drzewach na wysokości około 40 metrów! Najpierw Rafał, potem Madzia, Kuba, Julka i ja. Może z przesadą, ale są tacy, co porównują emocje podczas przechodzenia takim mostem do skoku na bandżi! Dzieciaki przebiegły go niemalże ze śpiewem na ustach, ale i my też daliśmy radę, choć lekko nie było ;)

Po napowietrznym spacerze przyszła kolej na wyprawę łódeczką po rzece, dość rwącej i mającej po drodze parę kaskad. Po co? Ano w odwiedziny do wioski tubylców Orang Asli. W/g naukowców w ich DNA odkryto najwięcej elementów kodu genetycznego człowieka pierwotnego. Jest to lud wędrowny, żyjący w/g prastarych zasad, bez cywilizacji. Po naszym wejściu do wioski kobiety i dzieci pochowały się w chatkach, a wódz zademonstrował nam metodę rozpalania ognia przez pocieranie dwóch kawałków drewna co zajęło mu... Mniej niż minutę. Potem zademonstrował dmuchawkę do strzelania zatrutymi strzałkami, sposób produkcji strzał, a potem postrzelaliśmy sobie - z całkiem dobrymi wynikami :) W drodze powrotnej łódką znów zaliczyliśmy parę razy prysznic na kaskadach, ale to wszystko zbladło wobec ulewy która wkrótce się rozszalała po naszym powrocie na przystań - prawdziwa tropikalna burza! Czekając na koniec ulewy zjedliśmy obiad, ale dalej lało. Kiedy w końcu wydawało się, że deszcz zelżał zdecydowaliśmy się na spacer do hotelu, ale po paru metrach byliśmy kompletnie mokrzy.

Taaak, jak (prawie) zawsze - najfajniejsze było na końcu i trwało najkrócej! Ale następnym razem zaliczymy to Borneo!!

11:10, piotr.smietana , Dzień po dniu
Link Komentarze (1) »
Napisz do Nas!


Liczba wizyt



Zobacz Księgę Gości

Odwiedziłeś Nas? Masz Uwagi? Będzie Nam miło jeśli dopiszesz się do Księgi Gości


Locations of visitors to this page
Pisz swój dziennik w Internecie
Blog należy do Syndykatu Blox.pl