Życie i praca polskiego pilota Qatar Airways
wtorek, 26 czerwca 2007
KIX
Po krótkim wypadzie do Londynu (pardon - Londka, bo jak uczy klasyk Bareja to nie ma miejscowości Londyn, jest za to Lądek, Lądek Zdrój konkretnie!) przyszła pora na prawdziwą próbę charakteru (i nie tylko ;) ) lotnika długodystansowego czyli - lot do Osaki czyli KIX w kodzie IATA.
Lotu było 10h tam i 10h30min z powrotem i - okazało się, że można przeżyć, a dzięki trzeciemu pilotowi była okazja do krótkiego wypoczynku podczas lotu. 
Jako że był to mój pierwszy wypad do Kraju Kwitnąej Wiśni byłem ciekaw wszystkiego - i nie zawiodłem się, choć nie obyło się bez przygód. Najpierw dłuższą chwilę poszukiwałem bankomatu w centrum handlowym i tu - zaskoczenie - ludzie prawie NIE mówią po angielsku! Dopiero potem kolega powiedział mi, żeby najlepiej... pisać po angielsku i wtedy można się porozumieć. Jak to w  Azji - jeśli nie są w czymś świetni to nie pokazują że znają coś "byle jak" - aby nie utracić twarzy przed obcymi. No dobra - kasa jest, idziemy do metra. Automat z biletami - w "krzakach" i tylko jeden guzik - "English instructions" daje nadzieję na sukces. Zajęło mi kilka minut rozpracowanie go - w końcu bilety są! Musiałem być jednak zmęczony, bo na drugi dzień dziwiłem się dlaczego zajęło mi to tyle czasu, bo kupno biletu to raptem DWIE proste czynności...
W końcu dojechałem gdzie chciałem i tutaj kolejne zaskoczenie - ze zdjęć z Tokio spodziewałem się niesamowitego tłoku w metrze i na ulicach a tu - spokojnie jakoś - owszem, ludzi sporo ale żeby tłocznie to niekoniecznie. I samochodów jakoś mało, a poza centrum w ogóle dziwnie bo na pięknych autostradach były pojedyncze wręcz samochody! Dziwna jakaś ta Japonia... W końcu skręciłem z głównej ulicy w jakąś boczną i tutaj zaskoczenie - wąskie uliczki, małe sklepiki, knajpki, pełno ludzi i wszystko po japońszczańsku! Super klimaciki! W końcu zmęczony postanowiłem do metra i do hotelu, schodzę w dół a tutaj - miasto pod ziemią - tunele i przejścia a w nich - sklepy, knajpki itepe. Po pół godziny chodzenia znalazłem się w tym samym miejscu - hm, to przestało być śmieszne! Ale w końcu trafiłem na stację i do hotelu, po czym padłem jak przysłowiowa zmięta stówka. 
Na drugi dzień znowu wyprawa do miasta na szoping i zwiedzanie, ale lejący nieustannie deszcz ograniczył skutecznie mój zapał turystyczny.
Wietnamskie polonijne spotkania blogowe na szczycie
Pobyt w Sajgonie to także, a może przede wszystkim - okazja do ciekawych spotkań. Wietnamskie ciekawostki poznawałem m.in. dzięki... niniejszemu blogowi, a konkretnie dzięki spotkaniu z przemiłą Miss Sajgon vel chaobellą. Beata jest autorką bloga "Miss Sajgon" i opowiadała dużo i ciekawie o kraju, mieście i ludziach tam żyjących. 
Oprócz Beaty spotkałem się z polskimi pilotami, którzy podobnie jak ja porzucili ciepłe posadki w Locie czy Eurolocie na rzecz zdobywania doświadczeń (i nie tylko ;) ) w dalekiej Azjii - było o czym gadać i powymieniać się doświadczeniami z życia pilotów-ekspatów.
Przy okazji spotań z naszymi miałem okazję zaznać nieco "skuterowego survivalu" na ulicach Sajgonu. jak widać, nie było tak źle, bo przeżyłem i mam okazję pisać te słowa :) 
Dziękuję serdecznie Beacie, Bartkowi i Wojtkowi za miłe przyjęcie i ciekawe chwile razem spędzone. Do zobaczenia wkrótce!
sobota, 16 czerwca 2007
SGN

czyli Sajgon albo - jak brzmi oficjalna nazwa Ho Chi Minh. Kolejny lot, tym razem do Azji. Miejsce zaskoczyło mnie pozytywnie, bo z dotychczasowych doświadczeń spodziewałem się biedy, syfu i brudu, a Sajgon okazał się ciekawym miejscem. Pierwsza rzecz która rzuciła mi się w oczy to duża ilość młodych ludzi - dzieci, młodzieży i w ogóle ludzi dwudziestokilkuletnich. Od kilku lat po zniesieniu barier handlowych trwa dynamiczny rozwój Wietnamu co szczególnie widać w Sajgonie i okolicach, które to miejsce dostarcza ponoć  ok. 3/4 dochodu całego kraju! Chodząc po ulicach miasta widać kolejnego budzącego się azjatyckiego tygrysa. W mieście pojawia sie coraz więcej nowoczesnych budynków, często niestety kosztem urokliwych starych miejsc.

Sajgon to obawiązkowa wyprawa do centrum wietnamskiego ruchu oporu w wojnie z amerykanami czyli niestamowite podziemne miasto Cu Chi na przedmieściach miasta. Początki podziemnego labiryntu sięgają wojny wyzwoleńczej z Francją. Po wejściu USA do wojny tunele stopniowo rozbudowywano tak, że w szczytowym okresie liczyły ponad 250km i łączyły wiekszość wiosek, osad czy nawet pojedynczych domów, umożliwiały partyzantom skryte przemieszczanie się, pod ziemią były szpitale, kuchnie, sypialnie itd. Tunele rozciągały sie też pod... bazami wojsk amerykańskih i południowo-wietnamskich, skąd partyzanci często najzwyczajniej... kradli broń, amunicję, żywność. Tunele dały Amerykanom mocno w kość do tego stopnia, że rejon ten zwany Żelaznym Trójkątem było najbardziej niszczonym, bombardowanym, palonym i gazowanym miejscem w Wietnamie. Tutaj piloci wracający z misji w których nie mogli znaleźć celów mogli zawsze zrzucać swój śmiercionośny ładunek bomb. Jak wiadomo - woli obrońców to nie złamało i po wycofaniu się USA z wojny Wietnam Pd szybko upadł. 

W centrum miasta jest też Muzeum Wojny w którym zgromadzono sprzęt wojskow, głównie amerykański - samoloty, śmigłowiec, czołgi, bomby itp; jest też wystawa fotograficzna przedstawiająca okropności wojny

MAN

MAN - Manchester - mój pierwszy lot i od razu poczułem się jak w domu - bynajmniej nie dlatego, że przejście na 330-tę jest takie łatwe. Po pierwsze - w końcu lot do Europy, czego czasem mi brakowało latając na A320, ale przede wszystkim dzięki... Unii Europejskiej. A konkretnie, to dzięki dużej rzeszy naszych rodaków, którzy to "najechali" wyspy. Dzięki temu w hotelu w Manchesterze poczułem się jak w domu - w recepcji - Polacy, w restauracji, barze - Polacy, a room-service jest przez Polakóww wręcz zdominowany. Po krótkim odpoczynku po trudach nocnego lotu wypad do miasta na małe zwiedzanie i zakupy. I co widzę? W dużym centrum handlowym w centrum miasta znalazłem stoisko z polskim żarciem i czymś do popicia ;) Oj rzuciłem sie na kiełbaskę!! A w supermakecie moje ulubione Tyskie (kurna, miało być bez kryptoreklamy!).  Zobaczymy, jak to będzie w Londku, do którego lecę wkrótce. Wstyd przyznać, ale nie licząc lotniska jeszcze tam nie byłem...

Niestety - nie obyło się bez małych problemów, bo najzwyczajniej sie przeziębiłem i do Kataru wracałem z katarem - czyżby osłabiona odporność na europejskie bakcyle??

sobota, 02 czerwca 2007
No i po szkoleniu!

No i już - ostatni check zaliczony i mogę już pełnoprawnie latać na nowym pięknisiu :))) Nie to, żebym sie chwalił, ale z pilotów wyszkolonych w Polsce to chyba jestem jednym z nielicznych, jeśli nie jedynym aktualnie latającym pilotem na A330, od kiedy Paweł wrócił do latania na B767. Szkoda tylko, żeby na nim latać trzeba było wyjechać z kraju. Ale z drugiej strony - odpowiadają mi tutejsze klimaty, styl życia.

Pytało mnie wiele osób, jaka była moja droga do latania. Jak wielu rówieśników zaczynałem w Aeroklubie - moim macierzystym (i jedynym) klubem jest Aeroklub ROW w Rybniku, gdzie zacząłem latać na szybowcach - mój pierwszy lot samodzielny na Bocianie zrobiłem na dwa dni przed swoimi 15 urodzinami. Po maturze studiowałem na Politechnice Rzeszowskiej na pilotażu - miałem szczęście, bo zacząłem latać tam na samolotach po pierwszym roku - moim pierwszym samolotem był An-2 - takie to  ciekawe czasy były. W OSPLu zrobiłem wszelkie uprawnienia - licencję zawodową, IFR i wielosilniki. Po studiach - roczna przerwa w życiorysie (wojsko) i chwile niepewności co do przyszłej kariery, bo wtedy z pracą dla pilotów było tak sobie. Dzięki koledze instruktorowi z aeroklubu załapałem się do pracy w PUL-u. Latałem tam m.in. na An-2 na fotogrametrię, a później na L-410 Turbolet, w wolnych chwilach latałem w klubie ze skoczkami i holowałem szybowce. Potem przyszły przemiany w kraju i - ssanie w LOcie, gdzie zacząłem moją przygodę z liniowym lataniem, która trwa do dziś. Karierę LOTowską zacząłem od latania na Tu-134A jako F/O (prawdziwa męska przygoda), potem był ATR72 - pierwszy poważny samolot z załogą dwuosobową, nowoczesnym oprzyrządowaniem - pierwszy Glass Cockpit, ale i lataniem po kraju przy minimalnych pogodach bez GPSa czy innych bajerów. ATR to także - a może przede wszystkim - pierwsze kapitańskie 4 paski na rękawie. Ostatnie lata w LOcie spędziłem za sterami B737 - fajne destyacje po całej Europie i nie tylko - początkowo obsługiwaliśmy sporo czarterów. W końcu postanowiłem wyskoczyć na rok - dwa na kontrakt za granicę dla zdobycia innych doświadczeń (no dobra - kasy też!), bo na lewy fotel LOTowskiego 767 musiałbym jeszcze poczekać. Byłem o krok od pracy w Chinach, ale z kontraktu nic nie wyszło (kolega wrócił po miesiącu do domu nie latając ani minuty). No i w końcu trafił się Katar...

I to by było tyle, a może aż tyle, bo z pewnością nie oddaje całego mojego wysiłku, wyrzeczeń, stresów i potu dzięki którym osiągnąłem to wszystko.

A do emerytury jeszcze trochę mam, to kto wie, gdzie mnie jeszcze los rzuci?? Latanie ciągle mnie bawi, i jak mawia mój przyjaciel - dzięki Bogu ciągle inne widoki za oknem :)))

Napisz do Nas!


Liczba wizyt



Zobacz Księgę Gości

Odwiedziłeś Nas? Masz Uwagi? Będzie Nam miło jeśli dopiszesz się do Księgi Gości


Locations of visitors to this page
Pisz swój dziennik w Internecie
Blog należy do Syndykatu Blox.pl