Życie i praca polskiego pilota Qatar Airways
piątek, 31 sierpnia 2007
Wirtualna rzeczywistość a sprawa polska
Od pewnego czasu zastanawia mnie pewna właściwość polskiego internetu lub raczej - netykiety w polskiej rzeczywistości wirtualnej. Będąc aktywnym użytkownikiem róźnych forów internetowych - zarówno polskich i zagranicznych zauważyłem, że często nawet niewinna z pozoru dyskusja na polskich forach szybko zamienia się na ostrą pyskówkę z chamskimi epitetami i prostackimi odzywkami. O ile od biedy nie dziwi mnie to w odniesieniu do komentarzy na temat bieżącej sytuacji (bo emocje są wielkie, zwłaszcza ostatnio) o tyle smutne jest to w odniesieniu do tematow powiedzmy - fachowych. Często niewinna wręcz dyskusja zamienia się w ociekającą jadem awanturę. Takich przypadków na zagranicznych forach jest o wiele, wiele mniej lub są sprawnie moderowane - moderatora na polskiej stronie robiącego swoje wyzywa się zaraz od najgorszych...
21:49, piotr.smietana , Dzień po dniu
Link Komentarze (8) »
Do pracy!
Tak się w tym roku zbiegło, że wraz z zakończeniem wakacji skończył się mój urlop w kraju. Był to zwariowany czas (bo było go za mało) spędzony głownie z moją rodziną - o naszej małej górskiej eskapadzie mieliśce już okazję poczytać. Pobyt w kraju to także spotkania z dawno nie widzianymi znajomymi, ale teraz sytuacja jest nieco inna - bo teraz dzięki blogowi wiedzą teraz o nas trochę więcej, dzięki temu zaległości towarzyskie nie są może tak wielkie jak wspominałem wiosną. No i polskie piwo można wypić także poza krajem ;-) Tylko ta atmosfera w kraju - będąc poza krajem w miarę regularnie śledzimy wydarzenia w Polsce, zaś po kilku dniach w kraju wiadomości tv powodowały u mnie odruch wymiotny... Jedna rzecz (z wielu) mnie zaciekawiła i uzmysłowiła, jak bardzo jednak w nas Polakach zostało homo sovieticus - chodzi mi o wcześniejsze emerytury. Podczas gdy w europie czy USA coraz więcej ludzi stara się pracować najdłużej jak się da - w Polsce rośnie armia coraz młodszych emerytów. I tylko nie mówcie mi, że nie ma pracy w kraju - znajdźcie dobrego (w miarę) fachowca chociażby do pomalowania mieszkania! Wczoraj wróciłem do Dohy, na razie sam, bo dzieci zaczynają szkołę w przyszłym tygodniu, tak więc trzeba przygotować gniazdko na przylot rodzinki. Po krótkim relaksie, do pracy - tym razem Londyn - Gatwick. W sumie nawet dobrze, że lotnisko (gdzie mieszkamy) jest dalej od miasta - przynajmniej mam okazję odpocząć po nocnym locie, tym razem odpuszczam wycieczkę do miasta. Jeszcze będę miał dosyć turystycznych okazji w tym miesiącu!
17:12, piotr.smietana , Dzień po dniu
Link Komentarze (1) »
sobota, 18 sierpnia 2007
Wakacje

Wyprawa do Nowego Jorku to oprócz nowych doświadczeń zawodowych, także sporo wrażeń turystyczno-zakupowych ;-) i zdjęcia, które wkrótce pojawią się w galerii.

Po powrocie do Dohy - przepakowanie walizki i na urlop do kraju, gdzie już od ponad miesiąca siedzi moja rodzinka. Tym razem oprócz odwiedzin Śląska postanowiliśmy zrobić sobie małą wycieczkę typowo polskim szlakie: Zakopane i Wieliczka. Planowany był jeszcze Kraków, ale już sił i czasu nie wystarczyło.

Na pierwszy ogień - Gubałówka, gdzie jak to sezonie dużo turystów. Tym razem także takich:

w abajach! Okazało się, że to rodzina z Dubaju (ZEA) postanowiła odwiedzić Polskę. Nic dziwnego w Europie, ale w Polsce to ciągle egzotyczni goście, ale powoli przyjdzie nam i do tego przywyknąć - arabscy turyści mają pieniądze i chęć poznawania, tak więc tylko wizy i już! Jak jeszcze tylko ruszą bezpośrednie połączenia z Dubaju czy Dohy (Inszallah oczywiście!) takie obrazki nie będą rzadkością. 

Następnego dnia - Morskie Oko, chyba pierwsza piesza wyprawa naszej rodziny w góry. Z początku plan był typowo turystyczny - podjechać w górę bryczką, a wrocić pieszo, ze względu na maluchy, w końcu to prawie 10km pod górę. Na miejscu okazało się, że kolejka do powozów jest ogromna i postanowiliśmy jednak zrobić pierwszą część trasy pieszo. W końcu po prawie 3 godzinach dotarliśmy na miejsce: Rafi z Madzią na czele, na końcu my z Julcią ledwo powłócząca nogami, Kubuś w wózku:

Po obiadku czas na powrót i - znowu kolejka do bryczek! Madzia z Rafałem postanowili pójść, ja miałem poczekać na koniki. Ale po kilkunastu minutach kolejka ani drgnęła i - ruszyliśmy na piechotę w dół. Początkowo miałem dwoje dzieci na wózku - szło się całkiem szybko ;-) niestety, po ok. 1/3 trasy odpadło kółko i mogłem wieźć na nim już tylko najmłodszego, który zasnął w międzyczasie. Kiedy dotarlismy na dół Julcia padała ze zmęczenia. W pokoju hotelowym wszyscy padliśmy ze zmęczenia. 

Hej pikne jednak te nase góry - dzieci nawet nie protestowały, kiedy zapowiedzieliśmy im na przyszły rok więcej takich wypraw! 

11:00, piotr.smietana , Dzień po dniu
Link Komentarze (1) »
sobota, 11 sierpnia 2007
Mój pierwszy raz nad Wielką Wodą

W każdej pracy, także i w lataniu przychodzi czas na zawodowe spełnienie się czyli realizację marzeń z pracą związanych. 

Dla mnie bezsprzecznie takim był pierwszy samodzielny lot nad Atlantykiem czyli Wielką Sadzawką. Od początku lotnictwa loty nad bezkresnymi połaciami oceanów pobudzały wyobraźnię lotników całego świata, szczególne miejsce zajmował Atlantyk jako główna przeszkoda oddzielająca Nowy Świat od Europy. Historia lotnictwa pisana jest od początku krwią ludzką, zaś Atlantyk zajmuje tutaj szczególne miejsce jako że wielu świetnych lotników straciło życie próbując przetrzeć atlantyckie szlaki. To właśnie najpierw nad Atlantykiem podczas ostatniej wypracowano metody bezpiecznego latania nad bezkresami oceanów, najpierw z dostawami dla walczacej Europy, a wkrótce po wojnie samoloty wojskowe i transportowe wyparte zostały przez samoloty pasażerskie. 

Kiedy byłem chłopcem o tym wszystkim zaczytywalem się w wielu różnych książkach - kto choć raz przyczytał ?Los jest myśliwym? czy ?Nocny lot? wie dobrze o czym mówię. Teraz - miałem okazję sprawdzić to własnej skórze! (Tak naprawdę - to już nad Atlantykiem latałem, ale jako pasażer - ale to ZUPEŁNIE NIE TO SAMO!)

Qatar Airways rozpoczął regularne loty nad Atlantykiem od końca czerwca na trasie Doha - Genewa - Newark na moim samolocie (A330)  a od połowy lipca Doha - Waszyngton na A340-600 (non-stop).  W końcu przyszła moja kolej i końcem lipca poleciałem do Genewy. Przy okazji, jako że mieliśmy dzień wolny, bo loty są cztery razy w tygodniu - miałem okazję pozwiedzać Genewę. Akurat trafiliśmy na święto narodowe, tak więc było całkiem relaksowo.  Następnego dnia lecimy z Genewy do Newarku - EWR. Ponieważ trasy nad północnym Atlantykiem po trasach NAT - North Atlantic Track są jednym z najbardziej ruchliwych, a już na pewno nad wodą, przed regularnym lataniem od linii lotniczej wymaga się, aby przeszkoliła swoich pilotów w odpowiednich procedurach - są bowiem zupełnie różne od stosowanych gdzie indziej i dlatego ten pierwszy lot odbyłem z instruktorem.

Nad oceanem latałem już wcześniej - Indyjskim - ale Atlantyk to zupełnie co innego. Pierwsza rzecz która rzuca się w oczy to brak stałych dróg lotniczych - wszędzie gdzie dotąd latałem, każdy lot (samolotu rejsowego!) odbywa się po z góry znanej trasie, po znanych, opublikowanych drogach lotniczych. Nad Atlantykiem takich dróg po prostu... nie ma! Latanie zorganizowane jest poprzez NAT a jest to nic innego jak publikowane 2 razy dziennie zestawy tras pomiędzy punktami wejścia/wyjścia. Dwa razy, bo nad Atlantykiem są generalnie dwa główne kierunki i zaleźą one od pory dnia - najprościej loty do Ameryki odlatują po południu z Europy, a z Ameryki odlatują też po południu i wieczorem, aby do Europy zawitać rano lub około południa, W związku z tym ruch nad Atlantykiem jest głównie jednokierunkowy, o zredukowanej separacji pionowej (RVSM) z tym, że tutaj jest to 1000 stóp w TYM SAMYM kierunku, a poszczególne trasy (tracki) oddalone są o jeden stopień szerokości geograficznej - czyli 60NM (mil morskich). Oczywiście - przed startem wiemy, jaką trasą mamy zaplanowany lot, ale w odróżnieniu od normalnego lotu rejsowego, kiedy to startując mamy (w zasadzie) zgodę na całą trasę, tutaj - jest ona udzielana niejako trójstopniowo. Najpierw - ogólnioie - mamy zgodę na lot powiedzmy GVA-EWR - to znaczy możemy startować i lecieć do punktu wlotowego nad Atlantyk. Ale to dopiero początek! PRZED  dotarciem do tego punktu, trzeba uzyskać zgodę kontroli oceanicznej - nad Płn. Atlantykiem są cztery główne: Shannwick (Irlandia, powstałe z połączenia Shannon i Prestwick), Gander (Kanada), Santa Maria (Azory czyli Portugalia) i Nowy Jork. Zgoda na wlot musi być uzyskana na min. 30 a maksimum 90 minut przed wlotem na trasę NAT, jakby tego było mało, w punkcie wlotowym samolot musi mieć docelowy pułap, bo choć teoretycznie jego zmaina jest możliwa, to praktycznie rzadko do tego dochodzi. (W naszym przypadku jakby nie było problemu, ale startując np. z Anglii może to być niezłe wyzwanie!) Wszystko dobrze, jeśli Oceanic Control na naszą trasę się zgadza - wtedy zapisujemy skróconą zgodę i wio! Jeśli są zmiany, wtedy pracy i pisania jest więcej. Po otzrymaniu zgody na specjalnej mapie - Plotting Chart - trzeba trasę wykreślić, zaznaczyć charakterystyczne punkty jak we/wy sektora ETOPS (Extended Twin Engines Operations - specjalna procedura dla samolotów dwusilnikowych) itd. Po osiągnięciu drugiej strony otrzymuje się trzecią zgodę - na przelot do lotniska docelowego. Że nie wspomnę o takich drobiazgach jak meldunki pozycyjne, często i pogodowe - na nudę trudno narzekać ;-) Potem ?już tylko? dolot nad wschodnią Kanadą i Stanami i podejście do lądowania w Newarku. Jeśli tylko nie zapomni się o dość specyficznej ATC w USA, szczególnie obciążonej w okolicach N.Y.  W końcu na ziemi, a tutaj - godzina na Immigration, 45 minut oczekiwania na transport - w doprawdy podłym nastroju wyruszyliśmy do hotelu. Ale wkrótce ustąpił, kiedy za oknami zobaczyłem oświetlony Manhattan!

Ale to już inny temat...

P.S. Wiem, że dla niektórych moich kolegów-weteranów Atlantyku ten mój lot to bułka z masłem, ale jaka to frajda dla mnie nowicjusza!

poniedziałek, 06 sierpnia 2007
Nad Azją
Wygląda na to, że Wasz ulubiony ;-) autor opuścił się w prowadzeniu bloga, ale to wszystko przez latanie oraz (a może przede wszystkim) - brak natchnienia.
Tym niemniej - coś się jednak działo wartego odnotowania, zamierzam o tym napisać i obiecuję poprawę.
Kilkanaście dni temu wykonałem loty do Chin - najpierw Szanghaj a potem Pekin.
Latanie nad Chinami jest ciekawe przynajmniej z kilku powodów. Po pierwsze - lecąc szczególnie nad południową częścią kraju leci sie najpierw nad himalajami a potem nad Tybetem. Wiadomo - teren do nizinnych raczej nie należy, ale uświadamia to sobie człowiek dopiero wtedy, kiedy widać z kokpitu jak blisko jest do górskich szczytów. W związku z tym opracowane są specjalne procedury co robić w przypadku awarii silnika bądź dekompresjii (rozhermetyzowania się) kabiny. W obu przypadkach kiedy teren na zewnątrz wznosi ponad 7 do prawie 9 tys m npm (21000 - 27000 stóp) maksymalny pułap na którym można kontynuować lot jest... niższy i dlatego piloci muszą wiedzieć dokąd "w razie czego" polecieć. I tak trasa lotu podzielona jest na kilka segmentów, w każdym z nich opracowana jest specjalna trasa dolotu na lotnisko zapasowe tak, aby ominąć grożące przeszkody i bezpiecznie wylądować. Ale - są to procedury awaryjne i - oby nie trzeba było sprawdzać ich na żywo.
Na codzień - najciekawsza jest chińska kontola czyli ATC. Niestety - niezbyt pomocna pilotom, bo - szczególnie nad górami - ma słabe pokrycie radarowe, a na dodatek - znajomość j. angielskiego przez kontrolerów jest słaba. Jeśli dodamy do tego kiepską jakość radia to obraz będzie pełen. Kontrolerzy chińscy używają bardzo ograniczonego zestawu komend w j. angielskim, praktycznie niemożliwe jest uzyskanie zgody na jakąś niestandardową procedurę, a często nawet na tak podstawową jak omijanie burzy. Związane jest to m.in. z tym, że cały ruch cywilny nadzorowany jest przez wojsko i dlatego KAŻDA, zarówno typowa jak i nietypowa procedura przez wojsko musi być zatwierdzona. Doprawdy - nie ulatwia to nam życia!
Pogoda była niestety typowa dla tego okresu - monsunowa, było gorąco i bardzo duszno, a że czasu mieliśmy mało to i zwiedzanie było generalnie slabe i zdjęcia wyszly kiepskie. W obu miastach, a szczególnie w Pekinie jest duży smog i korki - jakikolwiek wypad dokądkolwiek to minimum godzina taksówką w jedną stronę.
Ale czego się nie robi dla zakupów "Made in China" :-)
Napisz do Nas!


Liczba wizyt



Zobacz Księgę Gości

Odwiedziłeś Nas? Masz Uwagi? Będzie Nam miło jeśli dopiszesz się do Księgi Gości


Locations of visitors to this page
Pisz swój dziennik w Internecie
Blog należy do Syndykatu Blox.pl