Życie i praca polskiego pilota Qatar Airways
wtorek, 30 października 2007
Jesienna plaża

Ewidentnie w Katarze zbliża się zima, bo do sklepów zawitała kolekcja jesienno zimowa, całkiem imponująca biorąc pod uwagę fakt, że nad ranem jest +26:

Ponieważ oprócz tego, że temperatury spadają także i choróbska nas opuściły, mam nadzieję że na dobre, więcej czasu spędzamy w plenerze, a konkretnie - na plaży. Nawet wiaderko kupiliśmy dziecku, a co!

Praktycznie w każdy wolny dzień weekendu jedziemy na plaże do klubu QP (Qatar Petroleum) mieszczącego się prawie w centrum miasta przy Corniche'u obok Mariotta. Klub jest zasadniczo dla pracowników QP i ich gości, a jako że w QP mamy "naszych" - bywamy tam po prostu. Plaża jest niewielka, ale sympatyczna, woda w morzu cieplutka, z widokiem na Dohę:

Przy plaży są oczywiście stoliki z osłoną słoneczną, krzesła, leżaki oraz - grill dla hardcore'owych miłośników pikników rozpalany przez dyżurnego hindusa, ale niestety - kaszanki tutaj to nie ma :-(

oczywiście można pójść na łatwiznę i zamówić smaczne jedzenie na miejscu za naprawdę małe pieniądze. Oprócz plażowania można skorzystać ze sprzętu pływającego - żaglówki, katamarany, windsurfingi - trzeba tylko wiedzieć jak, żeby nie było sytuacji jaką wspominała Madzia :-))

Dzieci oczywiście siedziałyby cały czas w wodzie

pomimo że czasem słona woda w oczy szczypie

A wieczorem, który zapada dość wcześnie, bo krótko po 17-tej jest czas na poważne żarełko

a także piłkarzyki, pingponga itepe. Jak widać - jesteśmy baaardzo zajęci w weekendy...

23:11, piotr.smietana , Dzień po dniu
Link Komentarze (1) »
sobota, 27 października 2007
Film?

Ciagnij, ciagnij!!! Za siebie go pociagnij! Na milosc Boska nie trzymaj za koniec!!! Wygina sie! Zaraz go zlamiesz!! O idzie, idzie patrz jak pod wiatr staje! Pchaj Irek no wypchnij go!

To zaden film pornograficzny:) wybralismy sie poplywac katamaranem nie majac zielonego pojecia jak to sie robi a te okrzyki wydawal z siebie nasz zeglarz instruktor. Wiecej o naszych wyprawach weekendowych na plaze i lodke napiszemy pozniej.

czwartek, 25 października 2007
I po ptokach ;-)
No i stało się! Nie takie kaczki straszne, jak je malują! Jak to ktoś napisal - "Było wk...ć naród??" Nie mogę sobie odmówić małego komentarza do wydarzeń z ostatniej niedzieli. Jak pewnie wiecie, ambasadę mamy w Doha od niedawna i dzięki temu mieliśmy okazję do wyrażenia opinii na temat tego co się dzieje w kraju czyli poszliśmy do wyborów. Wraz z nami w wyborach wzięło udział około 80 przebywających w katarze Polaków (nawet nie wiedziałem, że tylu jest!) i z tego co wiem, wyniki nie odbiegały od średniej krajowej. Natomiast jesteśmy pod olbrzymim wrażeniem mobilizacji Polaków za granicą - głównie w Anglii, Irlandii oraz młodych ludzi w kraju. Wybory stały się swoistym plebiscytem - przede wszystkim przeciwko obecnej ekipie bo to w sumie dzięki ludziom, którzy poprzednio nie głosowali, a teraz zdecydowali się wziąć udział w wyborach to przedstawienie pt. IVRP skończyło się. I dobrze, zobaczymy co dalej, ale na początek ogólna poprawa nastrojów jest uderzająca. Zobaczymy, bo póki co - dobrze nam tutaj i chwilę pozostaniemy (Inszallah oczywiście!), ale nie omieszkamy wspierać wszystkiego co dobre i polskie. Nie za dużo patosu ?? ;-)

Blogged with Flock

16:42, piotr.smietana , Dzień po dniu
Link Komentarze (2) »
czwartek, 18 października 2007
Zero
Przy vertigo zero alkoholu przez najblizsze pare miesiecy, zero jazdy samochodem , jaka jazda? Jak ja z lozka wstac nie moge i zero seksu bo to troche buja aaaa i nie moge pisac potrojnych usmieszkow bo Piotrus mowi ze to giegowe wiec bedzie jeden:) Jedno co moge to lezec i jesc w jakis ograniczonych porcjach zeby nie zrobic sie mega wielka baryla. Troche jak ciezarna w ostatnim miesiacu ciazy albo zaraz po porodzie. Chora zolza- tak mnie maz przed chwila nazwal:) a ja nawet nie mam wymagan wielkich! No moze jedno, jak mi to minie to musze wyjechac sobie sama bez dzieci gdzies do Ciechocinka np. na Malediwy.

Blogged with Flock

Placki i vertigo
Piotrus utknal w domu na chwile i nie bedzie pisal pieknie o samolotach przez pare dni. Teraz jest tata, mama i kucharka w jednym. Jestem chora mam vertigo czyli wiruje mi caly swiat a jak dlugo tego nie wie nikt. Mam nadziejie, ze dzieci wymysla jutro jakis sprytny obiad i tatus bedzie musial zrobic:)))) Dzis wieczorem byly placki z jablkami! I nie takie tam zwykle placki, to sa placki z drozdzami!!!!! Pierwsza miska mleka z drozdzami poszla do zlewu bo cos tam Potrusiowi nie wyszlo ponoc grudki, druga byla ok bo placki zaje......:)))) Moze ktos ma jakis przepis fajny na dobry obiad???:)) Piotr nie moze odmowic zrobienia, zona chora a dzieci maja zajobka bo nareszcie maja tate tylko da siebie. Kubus pilnuje kazdego wyjscia, jak tata mu znika to zaraz placz!!! Julka chce ciagle jakies samoloty, zeby jej robil a swoje dziewczynka juz wazy i mierzy w koncu to ponad 8 lat pannica. Ja mam samolot w glowie wiec podziekuje za takie doznania. Musze wymyslec jakies zachcianki kulinarne bo przeciez nie odmowi prawda?????:)))

Blogged with Flock

wtorek, 16 października 2007
South African National Museum of Military History

Ostatnim punktem programu było wspomniene muzeum. Lubię takie muzea, a jak jeszcze ktoś mi wspomni, że można tam znaleźć samoloty... Miało być ich kilka, ale dopiero po przyjeździe na miejsce okazało się JAKIE to są perełki!

Zdjęcia zamieściłem tutaj.

Zaraz przy wejściu znajduje się hala z samolotami z II WŚ, a niej 3 niemiecke rarytasy: skraksowany w Anglii w listopadzie 1940r Bf-109E (brakowało tylko usterzenia), fantastycznie utrzymany FW-190A6 (jeszcze coś ciekło z silnika) oraz nocny, 2-miejscowy Me-262B. Następnie przechodziło się do głównej, dużej hali. A w niej przy wejściu pierwszowojenny SE-5a, po lewej główny bohater IIWWŚ Imperium Brytyjskiego. No co? Spitfire rzecz jasna, a po prawej jego przeciwnik - Bf-109F z Afryki. W głebi hali stał inny bohater, tym razem IWŚ czyli de Havilland dH-9a, z tyłu w kąciku na postumencie skromnie stał sobie Hawker Hurricane MkIIC i obok 2-miejscowy Hawker z lat 30-tych; pod sufitem zaś zawieszono rozpoznawczego dH Mosquito. W hali ponadto było sporo różnej "drobnicy" jak silniki np. RR Merlin i nie tylko lotnicze jak mundury i broń osobista z różnych czasów, głównie wojny tzw. Burskiej. W następnej hali było sporo artylerii i innego uzrojenia oraz pamiątek z innych konfliktów, ale ze względów czasowych tylko przez nią przemknęliśmy. Na dziedzińcu pod zadaszeniem znalazły się jeszcze 3 samoloty - produkowany w RPA szkolny MB-326, myśliwski Mirage IIIC i szturmowy morski Buccaneer. Ponadto sporo artylerii, czołgów i pojazdów opancerzonych. Przy wejściu był sklep z pamiątkami militanymi (był np. beret polskich Niebieskich Beretów), ale niestety już zamkinęty , bo i tak zaraz zamykano muzeum./.

Reasumując - tym razem wyprawa na południe czarnego kontynentu była baardzo owocna, głównie dzięki Mirkowi - raz jeszcze dziękuję i do zobaczenia!

Blogged with Flock

niedziela, 14 października 2007
Wycieczka nostalgiczna
Po wizycie na Brakpan Airport pojechaliśmy na lotnisko Rand. Jest to dawne międzynarodowe lotnisko Johanesburga, jedno z najstarszych w RPA (jeśli nie najstarsze czynne!). Mój gospodarz mówił mi, że można zobaczyć tam wiele ciekawych samolotów, ale nie spodziewałem się, że będzie to TAKA uczta dla duszy (lotnika oczywiście!). Przez to wszystko aparat prawie sam robił zdjecia, które są w tym albumie. Kiedy weszliśmy na płytę oczy same się cieszyły tym, co widziały! Przede wszystkim rzucała się w oczy duża ilość Douglasów - DC-3 i 4, te pierwsze do niedawna były na stanie armii RPA(!). W większości latają z weekendowymi pasażerami, tym niemniej niektóre z nich ciągle zarabiają na siebie wożąc cargo w różne dziwne afrykańskie miejsca. Kilka Dakot (DC-3) stało zdemontowanych w wielu miejscach i czekają na lepsze czasy lub sponsorów. Ciekawie było w pierwszym z brzegu hangarze, bo remontowana była tam Catalina - jeszcze w rozsypce, ale widać że będzie to piękny samolot! W ogóle w każdym niemalże hangarze były podobne perełki - Harvardy AT-6, Tiger Mothy, Chipmunki - na pęczki nieomal! A przed jednym z hangarów stał weteran II WŚ - cudowny Hawker Sea Fury. Kiedy już prawie kończyliśmy obchód z jednego z hangarów wyciągnięto DC-4 i mechanicy zrobili próbę silników. Kiedy wyłączono je, cisza była tylko przez chwilę, bo próbę silnika robił Harvard AT-6 - jeden z pięciu, należący do zespołu akrobacyjnego. Ach, to brzmienie gwiazdowych silników - to jest dźwięk prawdziwego lotnictwa! I zapach benzyny... Ostatni raz tyle fajnych samolotów widziałem dawno temu na zlocie w Oshkosh w USA. Na koniec poszliśmy na lunch do lotniskowej restauracji, z której rozciągał się widok na lotnisko. Restauracja nazywała się Harvard - no bo jakżeby inaczej...

Blogged with Flock

303 SQ Flight School

Kiedy dowiedziałem się, że kolejny lot będę miał do Johanesburga postanowiłem wykorzystać lepiej nadarzającą się okazję. Skontaktowałem się z kolegą z dawnych, aeroklubowych czasów który wyjechał kilkanaście lat temu do RPA. Obecnie jest Kapitanem samolotów Dash-8 w SAA Express, a także czy może przede wszystkim - właścicielem, organizatorem i spiritus movens rodzinnej szkoły lotniczej imieniem - a jakże - 303 Dywizjonu. Rodzinnej, bo obecnie z racji wielu obowiązków związanych z lataniem w linii lotniczej większość działań szkoły prowadzi jego syn Mateusz. Działania szkoły lotniczej to oprócz szkoleń lotniczych to ponadto promocja polskiej tradycji i historii polskiego lotnictwa i Polski w ogólności - nazwa przecież zobowiązuje!. Pojechaliśmy z Mirkiem na lotnisko Brakpan ale jak pech to pech - nie dość, że zrobiło się chłodno to na dodatek jak nie lunie! Najstarsi południowoafrykańscy górale takich deszczów nie pamiętają! I z latania nic nie wyczło, a w planach był lot wiatrakowcem, a może i repliką Piper Cuba (tą zieloną) po prostu "poodychać" PRAWDZIWYM lotnictwem. Eeeech... Zapoznałem się z metodami działania szkoły i muszę przyznać, że to niesamowite, jak stosunkowo niewielkimi środkami można osiągnąć tak wiele! Wszystko to osiągnął dzięki wielu latom wytrwałości i ciężkiej pracy. A z drugiej strony - przykre, że takich ludzi nasz kraj nie był w stanie wykorzystać. Chociaż - chyba nie do końca, bo w końcu Mirek w polskim światku nie jest postacią anonimową.

Tutaj możecie zobaczyć małą relację fotograficzną z naszej wycieczki.

Blogged with Flock

piątek, 12 października 2007
Kubuś

Nasze najmłodsze słoneczko skończyło wczoraj 3 lata! Niestety - wczoraj miałem wylot do RPA, w związku z czym impreza urodzinowa odbyła się poprzedniego dnia. Były prezenty i oczywiście tort z Kubusiem Puchatkiem. Nasz elegancik zdmuchnął świeczkę, kilkakrotnie zresztą (jeden raz się nie liczy) w czym zresztą dzielnie pomagało rodzeństwo, i rodzice :-) Na koniec stwierdził: mam tsy latka! Uroczy prawda?

urodziny

A tutaj  znajdziecie resztę zdjęć.

14:25, piotr.smietana , Dzień po dniu
Link Komentarze (1) »
sobota, 06 października 2007
Afryka

Jak widać - blog nie jest zapomniany ani porzucony!

W tym miesiącu planowanie postanowiło uraczyć mnie w większym stopniu lotami afrykańskimi. Po przylocie z Singapuru wcześnie rano wyściskałem dzieciaczki i żonkę, przepakowałem walizke, a wieczorem tego samego dnia wieczorem - poleciałem do Lagos.  Jest to najludniejsze (po Kairze) miasto Afryki i oczywiście Nigerii, której to było stolicą do lat 90-tych ub. wieku. Nigeria pomimo statusu producenta ropy naftowej do najbogatszych krajów nie należy co widać na każdym kroku. Jeszcze w samolocie w informacjach (naszych wewnętrzych dokumentach - mamy taki zbiór informacji o samym lotnisku, ATC itp, a także o hotelach gdzie się zatrzymujemy) o samym lotnisku można przeczytać, że na zbyt wiele liczyć nie można niestety! ATC kiepskie, niezbyt można polegać na oświetleniu pasa, bo... zasilanie jest niepewne, słabe oznakowanie dróg kołowania, niezbyt dokładne komunikaty meteo no i - trzeba uważać na: uncontrolled vehicular and pedestrian movement na płycie postojowej, drogach kołowania i na samym PASIE STARTOWYM! Nieźle co? Po lądowaniu było już tylko ;-) lepiej, bo przed terminalem czekał na nas transport, składający się oprócz autobusu z dwóch dodatkowych vanów, którymi jechała nasza eskorta - uzbrojeni w kałasznikowy ochroniarze!! Nie powiem, żeby było mi od tego jakoś lżej na duszy... Po drodze widać dużą biedę:

zresztą zdjęcia odważyłem się tylko robić zza szyb (przyciemnianych!) naszego autobusu.

Hotel był nawet ok, chyba jedyny na wysokim poziomie, oprócz nas nocują tam załogi chyba wszystkich zagranicznych linii lotniczych - Emirates, BA, Air France, Alitalii, Virgin Atlantic, KLM. Pomimo, że zaraz za płotem hotelowym było centrum handlowe ze sklepami i restauracją, ale jego wygląd nie wzbudzał zaufania do tego stopnia, że wszyscy woleli zostać w hotelu pomimo horrendalnych cen hotelowego żarcia. Zresztą - firmowe pismo wyraźnie nas ostrzegało o wysokiej przestępczości panującej w mieście i jakoś nikt nie miał ochoty na sprawdzenie tego na własnej skórze. Jako że w lobby internet był za darmochę, ciągle tam siedziało co najmniej kilkanaście osób z laptopami - jedyną rozsądną formą komunikacji, a także i rozrywki. W takich warunkach przyszło spędzić mi trzy dni - koszmar! Przynajmniej wyspałem się za wszystkie czasy... Za to z jaką radością wracaliśmy do Dohy ;-)

Teraz mam kilka wolnych dni po czym - kierunek Afryka! Tym razem - ponownie RPA. 

 

poniedziałek, 01 października 2007
Daleki Wschód

Drugą połowę września spędziłem na Dalekim Wschodzie .

Na początek była Manila. Muszę stwierdzić, że miasto zaskoczyło mnie bardzo pozytywnie - duże, dość nowoczesne chociaż - nie tak jak Bangkok, a na dodatek - czyste! Na turystykę czasu nie było, ale to, co widziałem także z góry sprawiało korzystne wrażenie Muszę przyznać, że nie tego spodziewałem się po jednym z biedniejszych krajów w regionie - szczególnie po tym, co widziałem w Indiach. Ale niestety wygląda na to, że przysłowiowa wręcz pracowitość azjatów kończy się gdzieś na wschodniej granicy Indii... Zdaję sobie sprawę, że nawet najlepsze centra handlowe których w Manili nie brakuje nie stanowią o wizerunku kraju, ale z ilości Filipinczyków wyjeżdżających za chlebem m.in. do krajów Zatoki spodziewałem się gorszego obrazu Filipin. Ale to w sumie filipińscy emigranci stanowią bardzo pokaźny udział w dochodzie narodowym swojego kraju pomimo różnorakich politycznych zawirowań.

Następny lot do Azji to znów lot łączony - Singapur - Dżakarta - Singapur. W końcu, bo w Singu są szwagrowie - cześć Moniczko, cześć Marcinie! Były pogaduchy, była kolacyjka, było po domowemu i swojsko. Tylko jeden dzień, a tu jeszcze po Singapurze dobrze pochodzić, choć klimat ciężki, wilgotny, podziwając jak błyskawicznie zmienia się to i tak już bardzo nowoczesne miasto. Niestety - na takie spotkania zawsze za mało jest czasu, a tu jeszcze trzeba na dodatek do pracy.

O Dżakarcie wiele nie mogę powiedzieć, bo hotel mamy przy lotnisku. Ładny i owszem, ale daleko do miasta - ponad godzinę jazdy. Pojechałem tam w nadziei na znalezienie jakichś miejscowych "handikraftów" ale pojechałem w złe miejsce i z zakupów nic nie wyszło - kolejny Mall niestety! Za to znalazłem coś ciekawego - Indonezja to bądź co bądź kraj muzułmański (i to chyba najludniejszy) a w centrum handlowym były 3 sklepy z... dewocjonaliami chrześcijańskimi! Ciekawe nie?

Na drugi dzień - raz jeszcze Singapur, tym razem na krótko. Jeszcze tylko nocka w samolocie i po "zaledwie" 7 godzinach lotu lądowaliśmy w Doha.

Back in business...

Dawno mnie tu nie było, ale dzięki statystykom wiem że gości nie brakuje! Przerwa wyszła stanowczo za długa, ale spróbuję nadrobić zaległości wobec wiernych czytelników.

Nawet się nie spostrzegłem kiedy przeminął wrzesień, ale to tak zawsze jest, kiedy rodzina wraca i trzeba powrócić z "trybu wakacyjnego". Rodzinka w komplecie, dzieciarnia wstaje skoro świt do szkoły i kiedy wracamy po ich odwiezieniu to trzeba jeszcze "na chwilę" twarz do poduchy przyłożyć. A że czasem robi się z tego południe - coż, taki lajf ;-)

Latania było i owszem całkiem sporo, głównie do Azji - nocne loty i krótkie pobyty. Niestety - podczas jednego z nich okazało się, że uszkodziłem obiektyw w aparacie :-( A propos - chyba nie wspominałem, że zmieniłem wiernego Panasonica FZ20, który wiernie służył mi przez ostatnie 2 i pół roku na Canona 400D. No i podczas któregoś z lotów złapałem aparat żeby coś pstryknąć a tu - kaplica! Obraz nieostry, AF nie działa, patrzę - a końcówka obiektywu jest wyrażnie przekrzywiona - no załamać się można! W Katarze wybór akcesoriów do Canona jest kiepski tak więc na nowy liczyć specjalnie nie mogłem, a do tego nie miałem w planach żadnego ciekawego lotu "dostawczego". Do serwisantów tutaj też jakoś tak nie mam przekonania, tak więc zabrałem się sam za naprawę! Może nie będę zanudzał szczegółami, ale po rozebraniu na czynniki pierwsze okazało się że usterkę można dość łatwo usunąć i voila! Działa!! Można znowu pstrykać! Tym niemniej, sprawa zakupu nowego obiektywu zdecydowanie nabrała priorytetu...

A w tzw międzyczasie - poleciałem znow do Bangkoku gdzie ponownie odwiedziłem stoiska z miejscową "Cepelią" - tym razem przytargałem drewnianego słonia, który ledwo do walizki się zmieścił. Oczywiście było i wiele innych fajnych rzeczy po które przy okazji na pewno wrócę!

Potem był lot, który pozostaje w pamięci, a raczej w dolnej części pleców - Casablanca połączona z Trypolisem. razem to 9 godzin lotu z ponad godzinną przerwą w Trypolisie co razem daje ok 11 godzin pracy w nocy. Po dotarciu do hotelu marzyłem tylko o spoziomowaniu się... Dobrze, że chociaż kolacja była dobra podobnie jak marokańskie wino. Lot powrotny był już non-stop do Dohy i to w dzień, tak więc przeżyłem.

 

Napisz do Nas!


Liczba wizyt



Zobacz Księgę Gości

Odwiedziłeś Nas? Masz Uwagi? Będzie Nam miło jeśli dopiszesz się do Księgi Gości


Locations of visitors to this page
Pisz swój dziennik w Internecie
Blog należy do Syndykatu Blox.pl