Życie i praca polskiego pilota Qatar Airways
wtorek, 30 kwietnia 2013
Malezja

Wpisu nie było, bo się wypoczywało :)))

W jednym z pierwszych wpisów tego bloga wspominaliśmy z Madzią, że latanie w tej firmie to w sumie okazja to pozwiedzania! Blog zaczął się od Seszeli, wspominaliśmy inne ciekawe i egzotyczne miejsca, w ciągu ostatnich kilkanastu miesięcy zaliczyliśmy Hongkong, Sri Lankę i Bali. W końcu udało się przesunąć urlop i dzięki temu, że dzieci miały wolne w szkole wybraliśmy się na dwa tygodnie do Malezji. 

Na pierwszy ogień poszło oczywiście gorące i wilgotne Kuala Lumpur gdzie wylądowaliśmy rano. Jest to duże, ruchliwe i nowoczesne azjatyckie miasto, chociaż zdecydowanie naszym ulubionym miastem w tej części świata jednak ciągle pozostaje Singapur. Tym niemniej było parę fajnych miejsc jak Petronas Twin Towers, KL Tower czy główne miejsce zakupowe Bukit Bintang. Dla miłośników oryginalnych klimatów bazarów i tanich knajpek z przepyszną chińszczyzną jest kolorowe Chinatown. Atrakcją dla młodszych była Aquaria i Birds park z wieloma egzotycznymi ptakami. 

Na północnym skraju miasta jest zlokalizowana hinduska świątynia w Batu Caves. Jest zlokalizowana w kompleksie jaskiń, aby się tam dostać trzeba pokonać ponad 270 stopni co w ponad 30 stopniach i dużej wilgotności nie było łatwym spacerkiem ;) W okolicy świątyni (i nie tylko tam - są w zasadzie prawie wszędzie w Malezji!) biegało mnóstwo małp - makaków.

Następne dni podróżowaliśmy wynajętym samochodem po półwyspie malajskim odwiedzając siedlisko słoni a w Kuala Selangor park ze... świetlikami - drzewa na których żyją wyglądają jak choinki Bożonarodzeniowe!

Kilkadziesiąt kilometrów za Kuala Lumpur w dość wysokich górach w Genting Highlands zlokalizowano cetrum rozrywki - dla dużych i małych. Dla małych jest park rozrywki - zarówno na zewnątrz jak i pod dachem z różnymi kolejkami, karuzelami i innymi rozrywkami, a dla dużych - kasyno :)) Do tego mnóstwo knajpek, w większości czynnych 24h! Wyjechaliśmy z KL gdzie było ponad +30, a tam na wysokości ok. 1800m.n.p.m. były... chmury i dość chłodno, a my w szorcikach! W te pędy więc do sklepu po bluzy! 

Wycieczka w góry się spodobała więc nie mogło zabraknąć wyprawy do Cameron Highlands. Zlokalizowana jest tam jedna z wyższych gór Półwyspu Malajskiego Gunung Brinchang, a na pewno najwyższa na którą można dostać się... samochodem! Dostać się to dobre określenie, ostatnie kilkanaście kilometrów to wprawdzie asfaltowa ale bardzo wąska i diablo kręta droga. Ponoć malownicza, ale jakoś nie miałem nastroju to podziwiania widokow zza kółka! Ponadto w okolicy znajduje się wiele plantacji herbacianych z ładnymi widoczkami a w lokalnych herbaciarniach można wypić przepyszną świeżą herbatę B.O.P.

piątek, 30 marca 2012
Wypadzik

Jedną z rzeczy, które lubią moje dzieci, no i my, jest to że w każdym semestrze mają tygodniową przerwę w szkole tzw. mid-time break. Po krótkim zastanowieniu i rozpoznaniu postanowiliśmy wybrać się tam, gdzie nas jeszcze nie było czyli na Sri Lankę. Po wylądowaniu wściekle rano o 3, pojechaliśmy do hotelu do Colombo, gdzie po drzemce wyszliśmy na mały rekonesans. Początkowy plan był taki, że trzymamy bazę w Colombo i udajemy się na wycieczki po wyspie tak więc poszliśmy szukać odpowiedniego transportu.

Znaleźliśmy oczywiście zaraz paru cwaniaczków, ale wizyta w jednym z biur podróży spowodowała, że zmieniamy plan - wynajmujemy samochód z kierowcą i jeździmy po wyspie, a nocować będziemy codziennie gdzie indziej.Wkrótce okazało się, że była to bardzo dobra decyzja, bo po pierwsze - opuściliśmy zatłoczone i co tu dużo mówić, nie najładniejsze miasto, a po drugie - ruch jest lewostronny i to jak tam jeżdżą wielokrotnie przyprawiało nas o palpitacje, ale przede wszystkim - widoki zapierały dech w piersiach!! Wprawdzie nie mieliśmy dobrego aparatu, ale namiastkę możecie zobaczyć tutaj.

Na pierwszy ogień poszedł żłobek dla słoni w Pinnawala. Jest to coś w rodzaju zoo z tym, że tam w sumie to ludzie muszą trzymać się zagród, bo to słonie mają większość wybiegu dla siebie. Zgromadzone tam słonie to między innymi osierocone maluchy znalezione w dżungli. Można obcować ze słoniami, karmić je owocami lub z butelki, a dwa - trzy razy dziennie słonie przechodzą przez miasteczko do rzeki na kąpiel z całym rytuałem. Dzieciom najbardziej przypadł do gustu mały słonik biegający pomiędzy ludźmi, przepychający się wszędzie słowem istny Rozrabiaka - i tak go z miejsca ochrzciły. Po noclegu w hotelu ulokowanym w zasadzie w dżungli następnym punktem była Sigiriya czyli Skała Lwa - niesamowita twierdza króla Kassapy z V wieku usytuowana na szczycie 370m skały wystającej z otaczającej ją równiny. Choć na skale zostały już tylko ruiny, tym niemniej odrestaurowano otaczające ją ogrody i schody na górę - prawdziwa uczta dla oczu! W drodze do Kandy czyli dawnej stolicy Sri Lanki odwiedziliśmy świątynię Buddy w Dambulla. Ulokowana w w pięciu jaskiniach tuż przy szczycie góry na którą trzeba było znowu się wspinać!!! Ale - warto było!! Porządnie zmęczeni późnym popołudniem dotarliśmy do Kandy - malowniczego miasteczka, ponoć najczystszego na Sri Lance, co było widać. Rano zwiedziliśmy miejscowy ogród botaniczny - duży, malowniczo położony na zakolu rzeki, zawierający niesamowitą kolekcję roślin z całej Azjii. A potem zaczęła się jazda! Następnym punktem była podróż przez plantacje herbaty ulokowane na zboczach górskich. Trwało to dobrych kilka godzin i znowu uczta dla oczu - świeżość zieleni krzewów herbacianych jest nie do opisania!! Po drodze - obowiązkowym przystanek w fabryce herbaty, gdzie zapoznaliśmy się z procesem przerobu zebranych świeżych liści herbacianych, był też czas na przepyszną a cup of tea, B.O.P. z obłędnym ciasteczkiem :))). Potem jeszcze ze dwie godziny i jesteśmy w Nuwara Eliya, jednej z najwyżej położonych na Sri Lance miejscowości - 1895m.n.p.m. Z racji sporej liczby postkolonialnych domów, parków i rezydencji zwana jest też Little England, a w centrum obok malowniczego jeziora jest też wyścigów konnych. Cudo! Jest jeszcze inny sposób dostania się do tego miasteczka - samolotem na... jeziorze! Dwa razy tygodniowo Twin Otter Sri Lankan lata tutaj z Colombo.

Następny dzień - powrót serpentynami i jazda na południowe plaże wyspy do miejscowości Hikkaduwa, koło Galle. Plaże i owszem, ale w okolicy ciągle widać pozostałości po tsunami z 2004 roku. Rano po odpoczynku ostatni etap - Negombo i cały dzień leniuchowania na plaży. A wieczorem nazajutrz już tylko 15 minut drogi na lotnisko i do domu! A tu okazało się, że nie ma dla wszystkich miejsc! W efekcie najpierw poleciały dziewczyny, a ja z Kubusiem "już" po kilkugodzinnym oczekiwaniu załapaliśmy się na samolot na ostatnie wolne miejsca! Taki to już urok latania na zniżkowe bilety ;)

czwartek, 13 października 2011
Steve...

O śmierci wspótwórcy firmy Apple słyszeli chyba wszyscy. O jego roli i wpływie na przemysł komputerowy nie będę pisał, bo zrobiły to za mnie media - lepiej czy gorzej. Uważni czytelnicy bloga zauważyli zapewne, że jestem użytkownikiem produktów spod znaku nadgryzionego jabłuszka - niech będzie - mogę być i fanbojem ;) Akurat jestem na pobycie w USA, w Houston gdzie zauważyłem coś ciekawego - witryna sklepu Apple jest cała oklejona karteczkami - wyrażającymi żal i smutek z powodu przedwczesnej śmierci Steve'a Jobsa, są też kwiaty. Doprawdy wzruszające...

wtorek, 16 lutego 2010
Australijski suplement

Wprawdzie od lotu do Melbourne trochę czasu już minęło, ale winien jestem czytelnikom mały suplement.

Melbourne podobało mi się, jest to czyste, nowoczesne miasto, dość rozległe - w końcu maja tam trochę miejsca ;) Jest dosyć młode, to i starówki jako takiej nie ma, jest trochę post-kolonialnych budynków, za to nowoczesność jest dobrze widoczna, umiejętnie łączone są style. Pogoda była ładna, słoneczna, ale tylko +25-27 stopni choć to środek lata. Jest to głównie dzięki wpływowi oceanu i wiatrów z południa, bu już np. w Sydney temperatura był o kilka do 10 stopni większa. Tutaj znajdziecie parę fotek ze spaceru po mieście.   Stosunkowo niedaleko hotelu był Victoria Market czyli zasadniczo bazar z pamiątkami i innym szuwaksem, gdzie oczywiście bumerang (ponoć australijski!) kupiłem, no i pluszowe kangura i koalę też :))) Natomiast po godz. 20 miasto wygląda na... wymarłe - trudno znależć jakąć restaurację, nawet w okolicach dworca kolejowego były tylko hamburgery i pizza, czynne były tylko kluby dla hmmm. panów ;) Moze i dawali tam coś zjeść, ale jak tu się skupic na jedzeniu przy rurze...

Następnego dnia wybrałem się do muzeum lotnictwa - RAAF Museum w Point Cook. Ciekawostką jest to, że zlokalizowane jest na terenie najstarszej wojskowej bazy lotniczej w Australii - jest to jednocześnie najdłużej, nieprzerwanie działająca wojskowa baza lotnicza na świecie - powstała w 1912 roku! W związku z tym, aby tam wejść trzeba mieć paszport (obcokrajowcy - choć nikt mnie sprawdzał, ale ponoć się zdarza) a  na bramie trzeba się wpisać do księgi odwiedzin. Choć ilość eksponatów nie powala, to na pewno ich wyjątkowość jest atutem za odwiedzinami! Dzięki lokalizacji muzeum na czynnym lotnisku często organizowane są tam pokazy w locie, oczywiście z uczestnictwem samolotów - weteranów. Aparat poszedł w ruch i zainteresowanych zapraszam do obejrzenia tego albumu.

wtorek, 15 września 2009
Powroty (?)

Na początek mały suplement - w QA mamy dwie wersje 777 - 200LR oraz 300ER i oczywiście latamy na każdej wersji tym bardziej, że różnice w kokpicie są praktycznie żadne! Właśnie lot do Houston jest wykonywany na dwusetkach z racji dłuższego zasięgu. Wersji 200 póki co mamy 2szt (ma być chyba 8), reszta - 6 szt to 300; w tym roku ma być 4 czy 5 więcej samolotów, z tego minimum jedna 200tka - ma ruszyć połączenie do Australii i z tym na 300 mógłby być chyba problem. Docelowo ma być chyba 28 samolotów, w tym kilka Cargo, ale chyba obsuwa z 787 spowoduje, że pojawi się kilka sztuk więcej.

Czas na powrót - wylot z Houston późnym wieczorem, niesamowita cisza w radio - jak na Stany - momentami mamy wrażenie, że jesteśmy sami w poszczególnych sektorach... Tym razem lecieliśmy nad Atlantykiem NATem (pisałem już o tym kiedyś, przy okazji lotu do EWR na 330-tce), poza tym - będzie okazja pogadać po polsku - o tym za chwilę. Powoli zbliżamy się do oceanu - zmiana, idziemy odpocząć. Tym razem nie było łatwo, kiepsko mi się spało - te zmiany czasu itp. Po paru godzinach pora odświeżyć się i do kokpitu, mniej więcej nad Szetlandami. Po kilkudziesięciu minutach Sweden kontrol: Qatari 078 contact Warsaw control! Dawno nie miałem okazji lecieć na Polską jako pilot - ostatni raz będzie ponad 3 lata temu, jeszcze na A320 podczas lotu Berlin - Doha zahaczyliśmy o południowo-zachodni fragment FIRu Warszawa, sam lot nad krajem trwał ze 20 minut - eeeh, dużo się zmieniło! Tym razem odcinek na Polską trwał kilkadziesiąt minut, nad ląd wlecieliśmy w okolicach Łeby, potem nad GRU, LIN. Wprawdzie było wtedy sporo cumulusów, ale Warszawę, lotniska na Bemowie i Okęcie, moje Kabaty widziałem wyraźnie! Nie powiem, zrobiło mi się jakoś miło na duszy... Dolatując do punktu ROLKA ostatnia wymiana uprzejmości z kontrolerem (aha - pozdrowiłem kolegę w DOH!) i wlot nad Ukrainę! Od tego momentu do Dohy już tylko 4 i pół godziny...

sobota, 06 grudnia 2008
Jesienny Paryż

Nie przypuszczałem, że zdobedę jaklieś nowe nowe doświadczenie w lataniu do Europy - a jednak!

Odbierając plany na grudzień zdziwił mnie lot zaraz na początku miesiąca - jako pasażer do Paryża (latamy na lotnisko Charlesa de Gaule'a - CDG) po czym przejazd taksówką do hotelu na lotnisku Orly. Po co? Okazało się, żeby odebrać samolot z malowania - widać firma uznała, że najwyższy czas pozbyć się malowań z okazji Asian Games - święty czas, bo malowanie choć niebrzydkie, ale to jednak nieaktualne, bo dotyczące imprezy z 2006 roku...

Ponieważ odlot zaplanowano na wieczór było więc troche czasu na spacer po Paryżu - choć było wściekle - jak dla mnie zimno bo tylko +4st, ale przynajmniej przestał padać deszcz.

W końcu przyszedł czas odlotu - wieczorem pojechaliśmy na lotnisko (za dużo powiedziane, bo hotel na lotnisku) i wsiedliśmy w świeżo pomalowany samolot aby w końcu po ponad 6 godzinach wylądować w Doha. Dawno tak nie leciałem - tylko my i mechanik - prawie jak w czasie studiów :)))

sobota, 29 listopada 2008
Spotkania na szlaku

To, że Ziemia staje sie globaną wioską to znany truizm. Przekonałem się o tym kolejny raz dobitnie podczas mojego ostatniego lotu do Casablanki. Lot dość długi, bo 8 i półgodzinny, męczący (bo nocny) i raczej nudny, nie licząc paru miejsc z lekką turbulencją. Zbliżając się już do celu naszgo lotu, już nad Marokiem wsłuchując się w korespondencje radiową coś w glosie jednego z pilotów zwróciło moją uwagę! Czyzby kolega? Zapytałem - Grześ? Odpowiedź - tak! No to dawaj na "naszą" - częstotliwość 123.45, używaną w wielu miejscach jako tzw Inter-pilot - do rozmów także... prywatnych, tak aby nie zakłócać przcy ATC (kontrolerów).

Okazało się, że to mój stary przyjaciel z dawnych aeroklubowych czasów, kiedy razem lataliśmy na małych samolotach, ze skoczkami, holowaliśmy szybowce i takie tam :))) Wiedziałem, że od kilku lat lata w Air Italy PL, czasem była okazja pogadać telefonicznie. Tym razem okazało się, że leci do Casy tak jak my i ląduje pół godziny przed nami!! No tuś mi bratku pomyślałem - musimy się spotkać i - spotkanie umówione! I tak mimo, że mieszkamy w Warszawie, nie mogąc spotkać się od wielu lat, (ostatnio widzieliśmy sie chyba na pokazach w Dęblinie lata temu!) spotkalismy się w Casablance!! Nie mogliśmy nagadać się, wspominając stare czasy, wymieniając lotnicze i nie tylko doświadczenia. Szkoda tylko, że obaj wcześnie rano lecieliśmy i nasze spotkanie trwało tak krótko....

Latając w QA spotykałem się kilkakrotnie z kolegami pilotami z Polski w różnych częściach świata, ale prawie zawsze były to umówione spotkania na wiele dni wcześniej - tym razem było zupełnie niespodziewane i spontaniczne. Prawie, bo raz w Katmandu, spotkałem kolegę Jacka z LOTu (kiedyś) wykonującego loty dla Nepal Airlines (BTW - obecnie właściciela pięknego żółtego Tygryska :))).
Do następnego razu!!

niedziela, 29 czerwca 2008
Karachi
Wczoraj był weekend więc poszliśmy sobie z Madzią do klubu spędzić miło czas - coś dobrego zjeść, posiedzieć nad basenikiem, pogadać. Niestety - już podczas sałatki dostałem SMSa o zmianach w grafiku tzw. rosterze i nastrój prysł :( Okazało się, że w miejsce nocnego dyżuru dostał mi się nocny lot, tym razem do Karachi w Pakistanie. Dawno tam nie byłem, bo ostatni raz kilka miesięcy temu kiedy lecąc z Bangkoku musieliśmy zmienić trasę, wylądować "po drodze" i wysadzić ciężko chorego pasażera. Tym razem polecieliśmy planowo - no może nie całkiem, bo nasza 330-tka zastąpiła 320. Zdziwiłem się trochę, bo pasażerów w obie strony było około 170 - tak akurat na A321. Na miejscu okazało się, że powód zamiany był zupełnie inny. Jest nim sezon na... mango, które w tym roku udały się wyjątkowo! W drodze powrotnej do ładowni zapakowano nam - no ile? Jedyne 25 ton tych słodziutkich owoców! Pomimo rozdzielenia systemów wentylacji kabiny i ładowni przysiągłbym, że po starcie poczułem ich zapach...
sobota, 15 marca 2008
MNL - Manila

W Polsce marzec był kiedyś tradycyjnym miesiącem oszczędzania (pamięta ktoś jeszcze szkolne SKO??) i tak się złożyło, że i mnie marzec oszczędza, bo póki co mam zaplanowane tylko 3 loty, które dają... 60h nalotu. Jednym z nich jest Manila, po raz kolejny. 8h z hakiem tam, 9 z powrotem, na dodatek w dzień, tak więc mniej męczące (w miarę). I znowu Manila zaskoczyła mnie ilością olbrzymich centrów handlowych - jak to możlwe w teoretycznie jednym z najuboższych krajów Azji?? Zaskakuje też porządkiem (jak na Azję) - czego nie uświadczysz w jednym z najdynamiczniej (ponoć :/) rozwijających się krajów Azji czyli Indiach.

Samolot z Manili jest przeważnie zapakowany na maksa, bo jest nim dostarczane do krajów Zatoki podstawowe dobro Filipin czyli - siła robocza. Samolot jest pełen filipińskich pielęgniarek, pomocy domowych i robotników pracujących dosłownie wszędzie w Katarze i nie tylko. Samolot ma przeważnie maksymalną dopuszczalną masę do startu - 233 tony i musi jakoś wystartować z lotniska przy temperaturze w cieniu +35 otoczonego na dodatek górami. Na szczęście Qatar Airways nie oszczędzały przy zakupie samolotów na silnikach - nasze CF-6 mają po 70tys funtów ciągu a na dodatek mają funkcję "Thrust Bump" co daje 2.5% ciągu ekstra czyli 72tys co wykorzystujemy notorycznie startując z Manili. Dzięki temu ze startem nie ma problemu i samolot rwie ochoczo do góry - jeśli oczywiście NIE MA PROBLEMÓW! Odpukać w niemalowane ;)

Blogged with the Flock Browser
wtorek, 26 lutego 2008
W trasie

Niedawno ponownie przyszło mi wykonać lot do Osaki. Tym razem z racji silnych wiatrów różnica w czasie lotu była znaczna - do Japonii 10h a z powrotem 12:05 - to mój najdłuższy jak dotąd lot non-stop. Wspominałem wcześniej, że tego typu długie loty wykonuje się załogą o powiększonym składzie - w tym przypadku jest to tzw. In-flight Relief Pilot (IRP) lub inaczej - cruise capt. Dzięki temu, a także specjalnie przydzielonemu miejscu na odpoczynek w kabinie pasażerskiej lot nie był taki meczący. Jest to jednak ogromna różnica czy jest to 30 drzemki w kokpicie (na co zezwalają przepisy!) czy jedna-dwie godziny snu w całkowicie rozłożonym miejscu w biznesie! Pogoda w Osace była ładna, choć chłodna bo ok. +4 stopni, co dla mnie staje się powoli baaardzo mroźne ;) Pomimo to wybrałem się na spacer i oczywiście "przypadkiem" dokąd? Do sklepu z "zabawkami" dla dużych i małych - być w jaskinii najnowszych technologii i nie sprawdzić co w trawie piszczy?? Toż to obciach!! I tym sposobem wyposażyłem swojego 400D w nowy stabilizowany obiektyw Tamrona :) Pierwsze szybkie wprawki na Kubusiu są w naszej galerii.

niedziela, 30 grudnia 2007
I po świętach

Ani się obejrzeliśmy i już po Świętach, które w tym roku po raz pierwszy spędziłem z dala od mojej kochanej i szalonej rodzinki. Rano 24-go poleciałem do Male na Maledivach, by wieczorem następnego dnia wrócić. Kolację zjedliśmy w restauracji przy basenie prawie całą załogą

ale to zupełnie nie to samo!

Jak już Madzia wspomniała - zalatany generalnie jestem i stąd też pewna moja nieobecność. Na dodatek stało się małe nieszczęście, bo mój wierny od pół roku towarzysz podróży czyli biały MackBook miał wypadek w mojej torbie lotniczej - po prostu pękł mi ekran! I w obawie przed dalszymi uszkodzeniami po prostu przestałem go wozić... Madzia zadowolona, bo mimo wszystko daje się Maczka używać i w domu prawie z nim się nie rozstaje ;) Jak usłyszałem cenę naprawy w serwisie to mało z krzesła nie spadlem - 2/3 ceny nowego! Toż to rozbój w biały dzień! Na szczęście trochę grzebaniny w necie i znalazłem o wiele lepszą ofertę, przynajmniej na sam ekran i tylko muszę wymyśleć jak go ze Stanów bezpiecznie przesłać. No i pewnie będę musiał kupić sobie nowego laptopa, bo tego mi już Madzia chyba nie odda...

Zbliża się koniec roku i tak jakoś zawsze pora jest na małe podsumowania. Już od 3 i pół roku latam w Katarze, od 6 miesięcy na 330-tce a także - ponad rok działalności na blogu!!!

wtorek, 16 października 2007
South African National Museum of Military History

Ostatnim punktem programu było wspomniene muzeum. Lubię takie muzea, a jak jeszcze ktoś mi wspomni, że można tam znaleźć samoloty... Miało być ich kilka, ale dopiero po przyjeździe na miejsce okazało się JAKIE to są perełki!

Zdjęcia zamieściłem tutaj.

Zaraz przy wejściu znajduje się hala z samolotami z II WŚ, a niej 3 niemiecke rarytasy: skraksowany w Anglii w listopadzie 1940r Bf-109E (brakowało tylko usterzenia), fantastycznie utrzymany FW-190A6 (jeszcze coś ciekło z silnika) oraz nocny, 2-miejscowy Me-262B. Następnie przechodziło się do głównej, dużej hali. A w niej przy wejściu pierwszowojenny SE-5a, po lewej główny bohater IIWWŚ Imperium Brytyjskiego. No co? Spitfire rzecz jasna, a po prawej jego przeciwnik - Bf-109F z Afryki. W głebi hali stał inny bohater, tym razem IWŚ czyli de Havilland dH-9a, z tyłu w kąciku na postumencie skromnie stał sobie Hawker Hurricane MkIIC i obok 2-miejscowy Hawker z lat 30-tych; pod sufitem zaś zawieszono rozpoznawczego dH Mosquito. W hali ponadto było sporo różnej "drobnicy" jak silniki np. RR Merlin i nie tylko lotnicze jak mundury i broń osobista z różnych czasów, głównie wojny tzw. Burskiej. W następnej hali było sporo artylerii i innego uzrojenia oraz pamiątek z innych konfliktów, ale ze względów czasowych tylko przez nią przemknęliśmy. Na dziedzińcu pod zadaszeniem znalazły się jeszcze 3 samoloty - produkowany w RPA szkolny MB-326, myśliwski Mirage IIIC i szturmowy morski Buccaneer. Ponadto sporo artylerii, czołgów i pojazdów opancerzonych. Przy wejściu był sklep z pamiątkami militanymi (był np. beret polskich Niebieskich Beretów), ale niestety już zamkinęty , bo i tak zaraz zamykano muzeum./.

Reasumując - tym razem wyprawa na południe czarnego kontynentu była baardzo owocna, głównie dzięki Mirkowi - raz jeszcze dziękuję i do zobaczenia!

Blogged with Flock

niedziela, 14 października 2007
Wycieczka nostalgiczna
Po wizycie na Brakpan Airport pojechaliśmy na lotnisko Rand. Jest to dawne międzynarodowe lotnisko Johanesburga, jedno z najstarszych w RPA (jeśli nie najstarsze czynne!). Mój gospodarz mówił mi, że można zobaczyć tam wiele ciekawych samolotów, ale nie spodziewałem się, że będzie to TAKA uczta dla duszy (lotnika oczywiście!). Przez to wszystko aparat prawie sam robił zdjecia, które są w tym albumie. Kiedy weszliśmy na płytę oczy same się cieszyły tym, co widziały! Przede wszystkim rzucała się w oczy duża ilość Douglasów - DC-3 i 4, te pierwsze do niedawna były na stanie armii RPA(!). W większości latają z weekendowymi pasażerami, tym niemniej niektóre z nich ciągle zarabiają na siebie wożąc cargo w różne dziwne afrykańskie miejsca. Kilka Dakot (DC-3) stało zdemontowanych w wielu miejscach i czekają na lepsze czasy lub sponsorów. Ciekawie było w pierwszym z brzegu hangarze, bo remontowana była tam Catalina - jeszcze w rozsypce, ale widać że będzie to piękny samolot! W ogóle w każdym niemalże hangarze były podobne perełki - Harvardy AT-6, Tiger Mothy, Chipmunki - na pęczki nieomal! A przed jednym z hangarów stał weteran II WŚ - cudowny Hawker Sea Fury. Kiedy już prawie kończyliśmy obchód z jednego z hangarów wyciągnięto DC-4 i mechanicy zrobili próbę silników. Kiedy wyłączono je, cisza była tylko przez chwilę, bo próbę silnika robił Harvard AT-6 - jeden z pięciu, należący do zespołu akrobacyjnego. Ach, to brzmienie gwiazdowych silników - to jest dźwięk prawdziwego lotnictwa! I zapach benzyny... Ostatni raz tyle fajnych samolotów widziałem dawno temu na zlocie w Oshkosh w USA. Na koniec poszliśmy na lunch do lotniskowej restauracji, z której rozciągał się widok na lotnisko. Restauracja nazywała się Harvard - no bo jakżeby inaczej...

Blogged with Flock

303 SQ Flight School

Kiedy dowiedziałem się, że kolejny lot będę miał do Johanesburga postanowiłem wykorzystać lepiej nadarzającą się okazję. Skontaktowałem się z kolegą z dawnych, aeroklubowych czasów który wyjechał kilkanaście lat temu do RPA. Obecnie jest Kapitanem samolotów Dash-8 w SAA Express, a także czy może przede wszystkim - właścicielem, organizatorem i spiritus movens rodzinnej szkoły lotniczej imieniem - a jakże - 303 Dywizjonu. Rodzinnej, bo obecnie z racji wielu obowiązków związanych z lataniem w linii lotniczej większość działań szkoły prowadzi jego syn Mateusz. Działania szkoły lotniczej to oprócz szkoleń lotniczych to ponadto promocja polskiej tradycji i historii polskiego lotnictwa i Polski w ogólności - nazwa przecież zobowiązuje!. Pojechaliśmy z Mirkiem na lotnisko Brakpan ale jak pech to pech - nie dość, że zrobiło się chłodno to na dodatek jak nie lunie! Najstarsi południowoafrykańscy górale takich deszczów nie pamiętają! I z latania nic nie wyczło, a w planach był lot wiatrakowcem, a może i repliką Piper Cuba (tą zieloną) po prostu "poodychać" PRAWDZIWYM lotnictwem. Eeeech... Zapoznałem się z metodami działania szkoły i muszę przyznać, że to niesamowite, jak stosunkowo niewielkimi środkami można osiągnąć tak wiele! Wszystko to osiągnął dzięki wielu latom wytrwałości i ciężkiej pracy. A z drugiej strony - przykre, że takich ludzi nasz kraj nie był w stanie wykorzystać. Chociaż - chyba nie do końca, bo w końcu Mirek w polskim światku nie jest postacią anonimową.

Tutaj możecie zobaczyć małą relację fotograficzną z naszej wycieczki.

Blogged with Flock

sobota, 06 października 2007
Afryka

Jak widać - blog nie jest zapomniany ani porzucony!

W tym miesiącu planowanie postanowiło uraczyć mnie w większym stopniu lotami afrykańskimi. Po przylocie z Singapuru wcześnie rano wyściskałem dzieciaczki i żonkę, przepakowałem walizke, a wieczorem tego samego dnia wieczorem - poleciałem do Lagos.  Jest to najludniejsze (po Kairze) miasto Afryki i oczywiście Nigerii, której to było stolicą do lat 90-tych ub. wieku. Nigeria pomimo statusu producenta ropy naftowej do najbogatszych krajów nie należy co widać na każdym kroku. Jeszcze w samolocie w informacjach (naszych wewnętrzych dokumentach - mamy taki zbiór informacji o samym lotnisku, ATC itp, a także o hotelach gdzie się zatrzymujemy) o samym lotnisku można przeczytać, że na zbyt wiele liczyć nie można niestety! ATC kiepskie, niezbyt można polegać na oświetleniu pasa, bo... zasilanie jest niepewne, słabe oznakowanie dróg kołowania, niezbyt dokładne komunikaty meteo no i - trzeba uważać na: uncontrolled vehicular and pedestrian movement na płycie postojowej, drogach kołowania i na samym PASIE STARTOWYM! Nieźle co? Po lądowaniu było już tylko ;-) lepiej, bo przed terminalem czekał na nas transport, składający się oprócz autobusu z dwóch dodatkowych vanów, którymi jechała nasza eskorta - uzbrojeni w kałasznikowy ochroniarze!! Nie powiem, żeby było mi od tego jakoś lżej na duszy... Po drodze widać dużą biedę:

zresztą zdjęcia odważyłem się tylko robić zza szyb (przyciemnianych!) naszego autobusu.

Hotel był nawet ok, chyba jedyny na wysokim poziomie, oprócz nas nocują tam załogi chyba wszystkich zagranicznych linii lotniczych - Emirates, BA, Air France, Alitalii, Virgin Atlantic, KLM. Pomimo, że zaraz za płotem hotelowym było centrum handlowe ze sklepami i restauracją, ale jego wygląd nie wzbudzał zaufania do tego stopnia, że wszyscy woleli zostać w hotelu pomimo horrendalnych cen hotelowego żarcia. Zresztą - firmowe pismo wyraźnie nas ostrzegało o wysokiej przestępczości panującej w mieście i jakoś nikt nie miał ochoty na sprawdzenie tego na własnej skórze. Jako że w lobby internet był za darmochę, ciągle tam siedziało co najmniej kilkanaście osób z laptopami - jedyną rozsądną formą komunikacji, a także i rozrywki. W takich warunkach przyszło spędzić mi trzy dni - koszmar! Przynajmniej wyspałem się za wszystkie czasy... Za to z jaką radością wracaliśmy do Dohy ;-)

Teraz mam kilka wolnych dni po czym - kierunek Afryka! Tym razem - ponownie RPA. 

 

 
1 , 2
Napisz do Nas!


Liczba wizyt



Zobacz Księgę Gości

Odwiedziłeś Nas? Masz Uwagi? Będzie Nam miło jeśli dopiszesz się do Księgi Gości


Locations of visitors to this page
Pisz swój dziennik w Internecie
Blog należy do Syndykatu Blox.pl