Życie i praca polskiego pilota Qatar Airways
czwartek, 15 września 2016
Upadek Rozumu w Polsce

Zapamiętajcie dzisiejszą datę - 15 wrześnie 2016 roku - tego dnia Rozum przegrał.

Sromotnie, bezapelacyjnie i z kretesem... Przegrał z podstępnym i bezpardonowym wrogiem - fanatyzmem, zaślepieniem, pseudo-religią smoleńską, z niewiedzą, niedouczeniem i złą wolą. 

Takiego steku bzdur, kłamstw i zwykłych przeinaczeń nie widziałem dawno. Wszystkie te idiotyczne, "wybuchowe" tezy obrażają mnie. Obrażają moją wiedzę, zarówno ogólną jak i lotniczą, obrażają moją inteligencję. Po co mi tysiące godzin w powietrzu, po co pot na szkoleniach i w symulatorach, długie godziny szkoleń teoretycznych? Po co mi studia techniczno-lotnicze skoro "superkomisja"  w składzie kilku "kolesi" czy pseudoekspertów nie mających z lotnictwem NIC wspólnego wie wszystko lepiej! Nieważne, co się stało - ważne jest tylko to, CO TRZEBA UDOWODNIĆ! A od 6 lat wiadomo jedno - to wszystko wina Tuska! Jak u Hegla - "Jeśli teoria nie zgadza się z faktami, tym gorzej dla faktów" Na to poszły państwowe pieniądze? Przecież to co "najjaśniesza komisja" przedstawiła mówił jej przewodniczący od baaardzo dawna, ba - od początku. A dziś? Tak samo gadali długo i - ot tak, coś z niczego bez sensu. No tak, kasa się kończy to trzeba igrzysk! To po co instytucje jak PKBWL - państwowa w końcu czy prokuratura? Ach no tak - nie były "nasze"... Teraz wszystko jest "nasze, polskie" - a dlaczego nie może także lepsze? No bo chyba już było...

Mimo wszystko jestem optymistą i ciągle mam nadzieją, że obiektywna prawda zbłądzi pod strzechy ale powoli zaczynam wątpić... Na pewno pozostanie niesmak po tym wszystkim...

Na szczęście w internecie nic nie ginie - Raport z wypadku Tu-154M czyli książkowy przykład CFIT na wielu szkoleniach na całym Świecie. 

19:05, piotr.smietana , Dzień po dniu
Link Komentarze (17) »
sobota, 04 czerwca 2016
Sun'n'Fun

...czyli po polsku "Słońce i radocha"! Camping na lotnisku pełnym samolotów - czyż może być jakaś większa radość dla pilota?

Jak co roku w Lakeland na Florydzie odbywał się zlot Sun'n'Fun - chyba druga pod względem wielkości impreza małego lotnictwa w USA. Jest to połączenie zlotu, pokazów lotniczych, imprezy targowo-handlowej oraz... rodzinnego pikniku. Na lotnisku stoją setki, jeśli nie tysiące zaparkowanych samolotów różnego rodzaju - od najmniejszych ultralightów poprzez szybkie samoloty turystyczne, zarówno produkowane fabrycznie jak i te zbudowane samodzielnie, przy wielu z nich (większości?) rozbite są namioty gdzie nocują ich właściciele. Oczywiście nie brakuje też pięknie odrestaurowanych warbirdów czyli samolotów wojskowych z np. IIWŚ, Korei czy Wietnamu. Trochę zdjęć znajdziecie tutaj. Byli przedstawiciele firm produkujących samoloty, zestawy do samodzielnego montażu, silniki oraz wszelkie elementy wyposażenia małych samolotów i ich załóg - n.p. można było kupić nauszniki tłumiące hałas dla... psów, które wiadomo, że reagują na zupełnie inne częstotliwości niż ludzie. Była też oczywiście giełda samolotów używanych i części do nich gdzie kupić można było praktycznie wszystko. Wokół lotniska rozciągał się jeden wielki camping pełen motorhome'ów, przyczep czy namiotów, były też różne budki czy sklepiki z jedzeniem; były też małe i duże sceny czy kino pod gołym niebem. Oczywiście jak to na campingu były prysznice i toalety, regularnie czyszczone, a wokół RV i miejsc campingowych wrzało campingowe życie. Cisza nocna była od 22 do 7 rano, bo już o 7:01 dały się słyszeć pierwsze samoloty - to piloci Harvardów T-6 ćwiczyli loty w szyku... I znów pogoda dopisała, po tym jak udało się oblecieć sporą część stoisk wystawowych o ok. 14 zasiedliśmy przy flight line bo zaczynały się pokazy. Odbywały się wzdłuż pasa 09/27, po północnej stronie czyli publiczność miała doskonałą widoczność ze słońcem za plecami. Oczywiście początek to flaga i hymn, a potem już się działo. Konferansjerzy opowiadali ciekawie i dowcipnie, a jedna z najfajniejszych rzeczy tych pokazów (czy też np. w Oshkosh) jest przejazd każdego uczestnika w odkrytym samochodzie wzdłuż publiczności po swoim pokazie. Było kilku uczestników pokazów w Key West, byli też i inni, wielu innych...

Żal było opuszczać imprezę po zaledwie 2 dniach, ale zmiany w pracy nie pozwoliły na dłuższy pobyt i relaks campingowo-lotniczy! Ale w końcu - sezon dopiero się zaczął, będzie okazja pojechać na inne imprezy, a i Sun'n'Fun za rok też bedzie :)

 

12:16, piotr.smietana , Dzień po dniu
Link Komentarze (7) »
piątek, 29 kwietnia 2016
Key West

Key West było w planach zeszłorocznych, udało się tym razem!

Po noclegu w okolicach Miami ruszamy do "końca Ameryki" czyli na tzw. Florida Keys - łańcuch koralowych wysp nazwanych Keys, które zaczynają się na południe od Miami a kończą wyspą Key West. Prowadzi na nią niesamowicie malownicza droga US1 z dużą ilością mostów nad podmokłymi częściami wysp, lagunami i... morzem. Najdłuższy, 7 milowy jest pod koniec ciągu - pomiędzy wyspami Middle Keys i Little Duck Key:

Ten po lewej to most aktualnie używany budowany w latach 1968-72, po prawej stary most. A tak ten most wygląda z okien samochodu:

Popołudniem dojeżdżamy do RV parku, zaś na zwiedzanie wyruszamy... na rowerach, jako że wypożyczalnia jest o dwa kroki. Czy wspominałem może, że na Florydzie jest pełno dróg dla rowerów? No właśnie, praktycznie chyba cały stan można by nimi zjeździć, nie inaczej jest na Key West. Na Key West atrakcji co nie miara, snorkling, nurkowanie, jachty, deski, kajaki -  a ceny? Cóż, jak to w resortach, ale mimo wszystko każdy by coś znalazł na swoją kieszeń. W jednej z wypożyczalni spotykamy przesympatycznych Polaków, okazuje się potem, że nie byli jedynymi Rodakami, w centrum Key West jest np. polski sklep z pierogami:

Na Key West znajduje się najbardziej południowy punkt USA kontynentalnych, Southernmost Point zlokalizowany na rogu ulic Whitehead i South. Ponoć najczęściej fotografowany punkt na Key West, fotka strzeliłem i ja w krótkiej przerwie pomiedzy jednym a drugim turystą:

Na Key West pełno jest historycznych miejsc i budynków, nieco dalej przy Whitehead znajduje sie dom najsłynniejszego jej mieszkańca Ernesta Hemingwaya:

Pomimo upału pełno turystów i... kotów - są bowiem one głównymi spadkobiercami ekstrawaganckiego pisarza. Mieszka ich to ok. 50, nazywane są od nazwisk słynnych postaci z czasów pisarza, a w ogrodzie jest też koci cmentarz.

Równoległa ulica Duval to centrum rozrywkowe z klubami, barami i knajpami - dzieje sie tutaj, oj dzieje! Obie ulice schodzą się na placu Mallory Square, gdzie obok starej fabryki cygar i starych magazynów portowych codziennie wieczorem zbierają się tłumy na "obchodach" zachodu słońca! Pełno jest tutaj ulicznych artystów i sprzedawców przekąsek. Niestety, pogoda nie była łaskawa, bo po całodniowym upale po południu przeszła szybka burza i chmury przesłoniły zachód. Nie przeszkadzało to jednak nikomu w dobrej zabawie:

Następnego dnia wyjeżdżamy do Miami, lecz naszą uwagę przykuły 4 granatowo-żółte F-18 - tak na swój pokaz zapraszali Blue Angels! Krótka decyzja - wracamy na pokazy do bazy US Navy w NAS Key West za 2 dni.

Więcej zdjęć z Keys jest tutaj

14:03, piotr.smietana , Dzień po dniu
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 25 kwietnia 2016
Floryda

Chyba trochę stęskniłem się za czytelnikami ;)

Czas na wiosenne porządki, choć temperatura za oknem raczej letnia, bo grubo przekracza +30 w dzień...

W tym roku wiosnę rozpoczęliśmy urlopowo, wypadem na Florydę. Po zeszłym roku zostało parę niedokończonych spraw, nieodwiedzonych miejsc tak więc skorzystaliśmy z okazji i polecieliśmy do Miami. Pierwsze dwa dni spędziliśmy na wietrznych plażach Miami Beach i krótkim zwiedzaniu samego Miami, a że trafiliśmy na koniec wiosennej przerwy w szkołach - prawie wszędzie było dość tłumnie i gwarno. Ale mimo to lubimy takie klimaty, chociaż nie poszaleliśmy zbytnio, bo jetlag jednak dawał sie we znaki... Plaże w Miami Beach są ładne, ale nie oszukujmy się, widzieliśmy ładniejsze...


Dalsza część podróży jak na nasze wyprawy po Stanach przystało - w RV, tym razem jedziemy odebrać je w Orlando, po drodze napawając się zielenią, której mieszkając w Katarze ciągle nam mało. Następnego dnia ruszamy przez Lakeland w kierunku Tampy i zachodniego wybrzeża Florydy. Tutaj od razu daje się odczuć inne powietrze, wyraźny jest wpływ ciepłych wód Zatoki Meksykańskiej - klimat jest odczuwalnie cieplejszy i wilgotniejszy, ale za to plaże są ładniejsze, szczególnie te w okolicach Sarasoty, te są ponoć najładniejsze i najbardziej "posh" na Florydzie, co też ma odzwierciedlenie w cenach nieruchomości ;) 

W Sarsota jest dość osobliwy pomnik - Vee Day kiss, pocałunku zwycięstwa anonimowej pary z Time Square z Nowego Jorku:

a to oryginał, z okładki magazynu Life:

Dalej na południe, więcej plaż i miejsc do miłego spędzenia czasu, ale tym razem duże miasta zostawiamy nieco bokiem. Dalej pojechaliśmy w kierunku najdzikszej części Florydy, a na pewno jej południowej części - Big Cypress i Everglades. Można spotkać tu niesamowitą dziką naturę niemalże obok drogi, a ta dzikość to piękne lasy cyprysowe i namorzynowe, jako że w zasadzie ta cała część stanu to niezliczone jeziorka, bagna, mokradła i rzeczki. A w nich - aligatory! Całkiem ich tam sporo, a czasami żeby je zobaczyć dobrze jest wybrać się na przejażdżkę (?) łodzią typową dla tego regionu - airboat-em, po polsku zwanym czasem aerosaniami. Od razu przypomniała mi się kreskówka z dzieciństwa Wally Gator :))

Kawałek dalej wjechaliśmy na teren rezerwatu Big Cypress. Jedna z dróg na teren rezerwatu  prowadzi obok starej stacji benzynowej Monroe:

Żartów nie ma, zwiedzamy dalej z samochodu, to znaczy z RV:

oprócz aligatorów były też i takie zwierzątka:

Inny przystojniaczek:

Sceneria lekko jak z horroru:

09:12, piotr.smietana , Dzień po dniu
Link Komentarze (1) »
sobota, 27 czerwca 2015
Wakacje
Zeszłoroczna wyprawa tak nam się spodobała, że wybór tematu wakacji w tym roku byl prosty - RV! Tym razem padło na wschodnie wybrzeże Stanów. Zaczęliśmy od Nowego Jorku gdzie wylądowaliśmy 4 dni temu. Manhattan w sumie to przebieglismy, bo co innego można zrobić w 3 dni??? Chociaż wygospodarowaliśmy także czas na Broadway i obejrzeliśmy "Nędzników" - niepowtarzalne chwile, obsada bez słabych punktów! Cóż więcej? Na temat NYC można pisać dużo, a robić można jeszcze więcej... Zwyczajnie nie ma takiego drugiego miejsca na świecie! Nie obyło sie i tym razem bez przygód zdrwotnych - tym raze Kubuś złapał wirusa, co wykluczyło go prawie na cały dzień z wycieczki... Na szczęście twardy z niego chłopak i Nowy Jork opuszczał w dobrej formie. Wczoraj w samochód i jedziemy po campera, ale wcześniej na obiadek na... Greenpoint, na polskie pierogi :)) Najedzeni, obładowani polskim jedzenie jedziemy po RV i już po ok. 3h jeździe w korku (a trasa miała zaledwie 50 mil!) odbieramy RV. Zresztą z samym RV też były przygody, bo pomimo, że zaczęliśmy poszukiwania wcześnie to na tydzień przed wylotem okazało się, że... nie ma!! Pierwotny plan zakładał przejazd z NYC do Miami i powrót stamtąd, ale okazało się, że na takie jednokierunkowe podróże firmy maja ograniczoną liczbę samochodów! W końcu decyzja, że wyruszamy z NYC i stamtąd wracamy, ale RV nadal brak! Po intensywnym poszukiwaniu - JEST!!! Trzeba tylko przejechac 50 mil za Nowy Jork... Ale najważniejsze, że jest więc w drogę!
15:57, piotr.smietana , Dzień po dniu
Link Komentarze (6) »
sobota, 07 lutego 2015
Qatar 2015 = zamiast epilogu

Uuuuf! I po mistrzostwach - meldujemy wykonanie zadania! 

Było niesamowicie - fajni ludzie, niebywałe emocje, świetna gra naszej drużyny i super (w większości) atmosfera na trybunach. O naszych kibicach już pisałem, dodam tylko, że zapadło nam w pamięć zachowanie francuskich kibiców podczas meczu o 3 miejsce - podczas polskiego hymnu złożyli swoje flagi tak, że niebieski kolor był schowany i było widać kolory biało-czarwone! Podczas meczu przysiągłbym, że słyszałem "Polska" z ich sektora, a już na pewno podczas ostatnich sekund, kiedy Szyba zdobył wyrównanie! Naprawdę wspominamy to bardzo miło!  Bardzo udana impreza i rozochociła nas na tyle, że zachciało nam się więcej! Parę imprez wkrótce, ale zapewne tym razem trzeba będzie się wybrać gdzieś dalej!

19:42, piotr.smietana , Dzień po dniu
Link Komentarze (6) »
piątek, 11 lipca 2014
Arizona
Po Grand Canyon skierowaliśmy się na południe, w kierunku Phoenix, stolicy i - co wcale nie nie jest typowe w USA - największego miasta stanu. Miasto połoźone jest malowniczo, otoczone górami, w raczej pustynnej krainie, gdzie oprócz spialonej słońcem trawy, niedużych krzewów i rzadkich drzew dominują kaktusy, i to takie wielkie, sięgające 3m i więcej! Ponieważ jesteśmy bardziej na południe to i klimat gorętszy. Po obiadokolacji zaczynamy szukać miejsca na noc, a tu coś kiepsko! Jeden park - miejca są, ale kiedy podjechaliśmy - cicho, ciemno, żywego ducha... Ok, to szukamy campingu KOA - poprzednio było fajnie, to mamy nadzieję na powórke, ale niestety - camping... nieczynny! Noc juz ciemna, w międzyczasie Madzia wygooglała, że Phoenix ma nienajciekawszą statystykę przestępczą... niefajnie jest! W końcu na przedmieściach Tucson - mamy miejce! Trochę poniżej tego, co spotkaliśmy do tej pory, ale zostajemy bo już późno i trzeba odpocząć! Rano okazało się, że park RV jest całkiem sympatyczny, czysty i zadbany, zaś miła pani w biurze wytłumaczyła, że jest mało ludzi, bo Arizonie lato to nie sezon na campery... Ot jak zawsze strach ma wielkie oczy ;) Rano krótka wizyta w parku z kaktusami - Saguaro National Park i jedziemy dalej do Tombstone. To legendarne miasto z czasów Dzikiego Zachodu lub jak tu mówią - Old West, miejsce jednej z większych kopalń srebra, przeżyło pod koniec XIXw gwałtowny rozwój, zachowało się całkiem dobrze i jest dużą atrakcją turystyczną regionu. To tutaj "szeryfował" Wyatt Earp z braćmi, działał John "Doc" Holliday, a legenda miasta żyje w książkach i filmach. Głowna ulica pozostała niemalże bez zmian, obok jest kopalnia srebra O.K. Corral. Na dziedzincu jednego z domów urządzono scenę, gdzie odgrywana jest strzelanina z O.K. Corral, jedna z najsłynniejszych na Dzikim Zachodzie - ponoć w 30 sekund oddano ponad 30 strzałów! Chodzimy, zwiedzamy, wchłaniamy pionierską atmosferę i fotografujemy! Bardzo fajne, klimatyczne miejsce, zdecydowanie warte odwiedzenia!

09:08, piotr.smietana , Dzień po dniu
Link Komentarze (8) »
środa, 09 lipca 2014
Wielka Dziura
Po odpoczynku w leśnym campingu KOA rano nie pozostało nam nic innego jak tylko zobaczyć tytułową Wielką dziurę czyli - czyli Grand Canyon. Taaak, jest wielki! Odkrywcza myśl to nie jest, ale cóż napisać wobec niebywałego ogromu, przestrzeni, niebywałej plastyki obrazu tego miejsca!? Widok jest tak niesamowity, że jak to określił nasz Syn - mamy wrażenie, że jak rzucisz kamieniem to... odbije się od namalowanego obrazu!! Grand canyon oglądaliśmy z terytorium parku narodowego w Arizonie, a tam nie ma niestety szklanego tarasu Skywalk! Tenże znajduje się ok. 4h drogi, na terytorium Indian Hualapai, w kierunku na las Vegas. I niestety czas na kolejną, najtrudniejszą decyzję - odpuszczamy Vegas i LA, za mało czasu, za dużo mil do zrobienia :( Ale - jest i pozytywny element - będzie pretekst do kolejnej wyprawy!

06:29, piotr.smietana , Dzień po dniu
Link Komentarze (6) »
środa, 02 lipca 2014
Deadwood
Południowo-zachodnia część stanu Dakota Południowa (śmiesznie to brzmi, ale jak to opisać inaczej?) i wschodnia część Wyoming to tereny częstych i krwawych starć Indian i "bladych twarzy" w drugiej połowie XIXw z najsłynniejszą wygraną przez Indian bitwą pod Little Big Horn. To także teren jednej z największych "gorączek złota" na terenie USA w Deadwood. To tutaj rządziły szybkie rewolwery "Wild" Bill Hickoka i innych. Pozostało nieco klimatu czasów pionierskich, co chwilę można spotkać nawiązania do historii, łącznie z wystawami czy nawet przedstawieniami dotyczącymi szalonych czasów rewolwerowców. Tutaj też - zjadłem najlepszego jak dotąd hamburgera w USA!

15:38, piotr.smietana , Dzień po dniu
Link Komentarze (1) »
niedziela, 29 czerwca 2014
Rzeźby
Badland National Park znajduje się w poludniowo-zachodniej części Dakoty Południowej, a w okolicy jest dużo innych atrakcji przyrodniczo-turystycznych. Jedną z bardziej znanych jest Mt. Rushmore, a głównie głowy 4 prezydentów wyrzeźbione na szczycie i zboczu góry. W amerykańskim stylu, szeroki highway, elegancka oprawa, ale - jest mały niedosyt, nie ma tego "łał". To prawdziwe WOW pojawia się kilkanaście mil dalej przy Crazy Horse Memorial. Będący ciągle w trakcie prac, największa na Świecie rzeźba skalna, zapoczątkowana w... 1948(!) roku, a prac podjął się rzeźbiarz polskiego pochodzenia Korczak Ziółkowski. Historia jego życia no i pracy jest niebywała - poświęcił resztę swojego życia na przekształceniu praktycznie CAŁEJ góry w pomnik najwybitniejszego wodza indiańskiego! Nie tylko on, bo cała jego rodzina, a jest spora bo dorobił się 10(!) dzieci, zaangażowana jest w ten całkowicie prywatny projekt! Całość robi niesamowite wrażenie, pozostaje w pamięci na długo...

16:51, piotr.smietana , Dzień po dniu
Link Komentarze (4) »
środa, 25 czerwca 2014
Wyjazd
Po wizycie na Jackowie po przylocie dzień następny zaczął się niezbyt ciekawie bo wizytą Madzi u lekarza! 40.6 stopnia - kto da wiecej?? W końcu opóźnieni ze 4 godziny wyjezdżamy! RV - nówka sztuka,na liczniku ma zaledwie... 700 mil!! Ani chybi - prosto z fabryki!!

Kierunek - Mt. Rushmore! Realia szybko sprowadzają nas na ziemię - na pewno nie zrobimy dzisiaj 900 mil... Po 5h jazdy, 250 milach postój na pierwszym campingu nad malowniczym brzegiem Mississippi. Nie przypuszczałem, że tak daleko od ujścia jest to już potężna rzeka!

17:36, piotr.smietana , Dzień po dniu
Link Komentarze (3) »
niedziela, 22 czerwca 2014
Urlop
No wreszcie! Nalezało mi się! Siedzimy z rodzinka w samołocie i czekamy na odlot do Chicago. W tym roku jest zupełnie inaczej niż do tej pory - wszystko zabookowane, zapłacone i zaplanowane na pare tygodni przed wylotem!!! Zupełnie jak nie my ;) Plan jest taki - lecimy do Największego Polskiego Miasta na Świecie, Chicago gdzie bierzemy RV czyli motorhome'a i w drogę! W planie dużo, bardzo dużo mil oglądania i zwiedzania, fotografowania i radochy! Inspiracją podróży jest książka z młodości - "Asfaltowy saloon" Waldemara Łysiaka czy li coś w rodzaju podróży "śladami Łysiaka”. Obiecujemy, bo żona też - częstsze wpisy! No to w drogę....
07:18, piotr.smietana , Dzień po dniu
Link Komentarze (3) »
niedziela, 22 września 2013
Weekend
Bardzo się cieszę, że posty sie podobały i nie ukrywam, że do napisania paru ostatnich postów natchnęły mnie pytania Szanownych Czytelników! W końcu - jak to ktoś mądry kiedyś powiedział - nie ma głupich pytań tylko są (czasem ;) ) głupie odpowiedzi. Dziś wieczorem wybraliśmy się cała rodzinką na przedstawienie Cirque du Soleil "Dralion". Pomimo, że nie w pełnym składzie to jednak kunszt artystów cyrkowych znanych na całym świecie zrobił na nas duuuże wrażenie, a do tego świetna oprawa wizualna i dźwiękowa. Zdecydowanie impreza warta zobaczenia! Impreza miała miejsce w sali sportowej Aspire Dome, gdzie po raz kolejny wzdychaliśmy jak wspaniałe są to obiekty sportowe...
00:28, piotr.smietana , Dzień po dniu
Link Komentarze (5) »
sobota, 04 maja 2013
Malezja - fotograficzny suplement

Tym razem był i fotograf i zrobił parę zdjęć, zainteresowanym proponuję odwiedzić nasze galerie! Tutaj jest trochę z samego Kuala Lumpur, Birds Park, Batu Caves, Cameron Highlands oraz  z dżungli w Taman Negara. A tutaj jest spacerek po moście podwieszanym!

Miłego oglądania, uwagi mile widziane!

12:58, piotr.smietana , Dzień po dniu
Link Komentarze (4) »
piątek, 03 maja 2013
Malezyjska dżungla

Wycieczka w góry przekonała nas do Malezji a szczególnie do jej przyrody. Zresztą już parę kilometrów poza Kuala Lumpur fajne widoki rozciągały się po obu stronach autostrady. Początkowo myślelismy o wypadzie na malezyjską część wyspy Borneo, ale nie wyszło, tak więc w poszukiwaniu dziczy dotarliśmy do parku narodowego Taman Negara na północny-wschód od Kualal Lumpur. Połowa trasy to autostrada na wschód (a drogi są w Malezji na dobrym zachodnio-europejskim poziomie!) ale ostatnie 100 kilometrów przejechaliśmy lokalnymi drogami. Trasa wiła się początkowo wsród plantacji palmowych, ale końcówka już skrajem dżungli. Jeśli dodam do tego że była ciemna noc z popadującym deszczem, błyskawicami i praktycznie brakiem śladów ludzkiej działalności czyli... świateł słowem sceneria jak znalazł na czołówkę niezłego horroru :)) W końcu docieramy do Kuala Tahan - celu naszej podróży. Wyczerpani niezłymi emocjami związanymi z jazdą zatrzymaliśmy się na nocleg w niewielkim hoteliku za śmieszne pieniądze.

Rano po śniadaniu - do parku. Ale aby się tam dostać trzeba przepłynąć rzekę niewielką łódką. Wcześniej załatwiamy przewodnika i ruszamy! Przy przystani z drugiej strony rzeki jest hotel z kilkunastoma bungalowami na niewielkich palach, a kiedy między nie weszliśmy pod domkami uciekał miejscowy.. dzik! No nieźle! Na początek wchodzimy na paręset metrowej wysokości wzgórze Bukit Teresek. Droga pozornie łatwa, bo dosłownie kilkanaście miesięcy temu na ścieżce zainstalowano pomosty i stopnie na szczyt. Pozornie, bo przy ponad +30 stopniach i chyba 100% wilgotności po pokonaniu kilkudziesięciu z stopni nie mamy na sobie chyba nic suchego, pot leje się nam dosłownie zewsząd! Ale oczywiście dotarliśmy!

Krótki odpoczynek i idziemy dalej na ponoć najdłuższy most podwieszany - prawie 600m! Na miejscu niestety okazało się, że połowa jest nieczynna i w remoncie ale idziemy! Ta część na której byliśmy składa się z 6 segmentów, wszystkie zawieszone na drzewach na wysokości około 40 metrów! Najpierw Rafał, potem Madzia, Kuba, Julka i ja. Może z przesadą, ale są tacy, co porównują emocje podczas przechodzenia takim mostem do skoku na bandżi! Dzieciaki przebiegły go niemalże ze śpiewem na ustach, ale i my też daliśmy radę, choć lekko nie było ;)

Po napowietrznym spacerze przyszła kolej na wyprawę łódeczką po rzece, dość rwącej i mającej po drodze parę kaskad. Po co? Ano w odwiedziny do wioski tubylców Orang Asli. W/g naukowców w ich DNA odkryto najwięcej elementów kodu genetycznego człowieka pierwotnego. Jest to lud wędrowny, żyjący w/g prastarych zasad, bez cywilizacji. Po naszym wejściu do wioski kobiety i dzieci pochowały się w chatkach, a wódz zademonstrował nam metodę rozpalania ognia przez pocieranie dwóch kawałków drewna co zajęło mu... Mniej niż minutę. Potem zademonstrował dmuchawkę do strzelania zatrutymi strzałkami, sposób produkcji strzał, a potem postrzelaliśmy sobie - z całkiem dobrymi wynikami :) W drodze powrotnej łódką znów zaliczyliśmy parę razy prysznic na kaskadach, ale to wszystko zbladło wobec ulewy która wkrótce się rozszalała po naszym powrocie na przystań - prawdziwa tropikalna burza! Czekając na koniec ulewy zjedliśmy obiad, ale dalej lało. Kiedy w końcu wydawało się, że deszcz zelżał zdecydowaliśmy się na spacer do hotelu, ale po paru metrach byliśmy kompletnie mokrzy.

Taaak, jak (prawie) zawsze - najfajniejsze było na końcu i trwało najkrócej! Ale następnym razem zaliczymy to Borneo!!

11:10, piotr.smietana , Dzień po dniu
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6
Napisz do Nas!


Liczba wizyt



Zobacz Księgę Gości

Odwiedziłeś Nas? Masz Uwagi? Będzie Nam miło jeśli dopiszesz się do Księgi Gości


Locations of visitors to this page
Pisz swój dziennik w Internecie
Blog należy do Syndykatu Blox.pl